„Staw zapomnianych”, trzecia część serii o Zuzannie i Dorianie autorstwa Emilii Szelest, to powieść, która dobrze odnajduje się we współczesnym kryminale, gdzie zbrodnia coraz częściej splata się z lokalną tradycją, dawnymi wierzeniami i tym, co przez lata narastało w cieniu miejsca. Wybór Tatr jako przestrzeni dla tej historii wydaje się niemal oczywisty: to teren naznaczony surowym pięknem, pełen legend, niejednoznaczny i symbolicznie gęsty. Wyzwanie nie tkwi jednak w samym wyborze, lecz w tym, jak w pełni wykorzystać potencjał.
Punktem wyjścia jest śmierć nad Litworowym Stawem — wydarzenie, które na pierwszy rzut oka można by uznać za nieszczęśliwy wypadek. Tego typu otwarcie to klasyczny chwyt gatunkowy, pozwalający na stopniowe odsłanianie kolejnych warstw prawdy. Zuzanna, główna bohaterka, nie daje się jednak zwieść pozorom. Już na wczesnym etapie dostrzega dysonanse, które podważają oficjalną wersję zdarzeń. Drobne szczegóły, niespójności, brak logicznej ciągłości — wszystko to składa się na obraz, który bardziej przypomina starannie zamaskowaną zbrodnię niż tragiczny przypadek.
Śledztwo szybko przestaje być jednowątkowe. Kolejne ofiary pojawiają się w odstępach, które trudno uznać za przypadkowe, a każdy nowy przypadek dokłada element do układanki, która robi się coraz bardziej niepokojąca. Tym, co spaja te zdarzenia, jest tajemniczy znak — drewniany medalion pozostawiany na miejscu zbrodni. Symbol ten pełni funkcję nie tylko fabularnego tropu, ale także nośnika znaczeń. Wprowadza do opowieści element rytuału, sugeruje powtarzalność, a nawet — w najbardziej niepokojącej interpretacji — pewien rodzaj przekazu zakorzenionego w przeszłości.
Motyw medalionu otwiera przestrzeń dla warstwy, która wykracza poza klasyczne śledztwo policyjne. W tej historii nie chodzi wyłącznie o ustalenie „kto” i „dlaczego”, ale także o próbę zrozumienia „skąd”. Skąd bierze się potrzeba pozostawiania znaku? Co on oznacza? Czy jest tylko elementem gry prowadzonej przez sprawcę, czy też odwołuje się do czegoś głębiej zakorzenionego — do lokalnych wierzeń, dawnych rytuałów, może nawet do zapomnianych struktur myślenia o świecie?
Autorka wyraźnie sugeruje, że odpowiedź leży w przeszłości. W kulturze pasterskiej, w cyklu natury, w sposobie postrzegania czasu jako czegoś powtarzalnego. To świat, w którym granica między tym, co realne, a tym, co symboliczne, jest płynna. Świat, w którym pewne zasady obowiązują niezależnie od współczesnych norm prawnych. I właśnie tego świata — jak wynika z fabuły — ktoś postanowił bronić. Bezwzględnie.
To jeden z bardziej interesujących wątków powieści, ale też jeden z tych, które pozostawiają największy niedosyt. Sama geneza „magicznej” warstwy została zarysowana interesująco, jednak nie zawsze rozwija się z pełną konsekwencją. Momentami odnosi się wrażenie, że opowieść stoi jedną nogą w racjonalnym kryminale, a drugą w niemal metafizycznej narracji o rytuałach i wierzeniach, ale nie decyduje się w pełni na żadną z tych dróg. Efekt jest intrygujący, lecz nie do końca satysfakcjonujący.Zuzanna jako bohaterka jest przeciwieństwem chaosu, który ją otacza. Działa metodycznie, konsekwentnie i bez zbędnych emocjonalnych wahań. To postać skonstruowana w duchu profesjonalizmu — policjantka, która nie pozwala, by prywatne odczucia zakłócały tok śledztwa. Nie znajdziemy tu rozbudowanych monologów wewnętrznych ani dramatycznych dylematów moralnych. Zamiast tego mamy chłodną analizę faktów, systematyczne zbieranie dowodów i determinację w dążeniu do celu.
Taki sposób prowadzenia postaci ma swoje zalety — nadaje narracji tempo i klarowność. Jednocześnie jednak ogranicza możliwość głębszego wejścia w psychologię bohaterki. Zuzanna pozostaje skuteczna, ale momentami także zdystansowana. Jej reakcje są przewidywalne w sensie zawodowym, choć nie zawsze angażujące emocjonalnie. To wybór, który wpisuje się w konwencję, ale niekoniecznie ją poszerza.
Sytuację komplikuje fakt, że bohaterka nie może liczyć na pełne wsparcie ze strony swojego środowiska. Brak współpracy ze strony kolegów oraz chłodne, a momentami wręcz podejrzane zachowanie prokuratora Dariusza Gruszki tworzą atmosferę izolacji. Gruszka to postać, która od początku budzi nieufność. Jego działania są niejednoznaczne, a motywacje — trudne do rozszyfrowania. To jeden z tych bohaterów, którzy funkcjonują na granicy roli sojusznika i potencjalnego przeciwnika.
Dynamika śledztwa zmienia się wraz z przyjazdem Doriana — dziennikarza i przyjaciela Zuzanny. To postać, która wnosi do fabuły nie tylko nowe możliwości działania, ale też element równowagi. Relacja między nimi opiera się na zaufaniu i wzajemnym zrozumieniu, co stanowi ciekawą alternatywę dla często eksploatowanego w kryminałach wątku romantycznego. Tutaj mamy do czynienia z partnerstwem, które nie wymaga dodatkowych komplikacji emocjonalnych, by być wiarygodne.
Dorian pełni także funkcję łącznika między światem śledztwa a szerszym kontekstem społecznym. Jego sposób patrzenia na sprawę bywa mniej schematyczny. Wspólnie z Zuzanną tworzą duet, który potrafi zarówno analizować fakty, jak i dostrzegać ich ukryte znaczenia.
W miarę rozwoju fabuły do tej nieformalnej grupy dołączają kolejne osoby — Tomek, brat Zuzanny, oraz Kamil reprezentujący policję. To rozszerzenie zespołu wprowadza nowe napięcia i zależności, ale też podkreśla jedną z kluczowych cech tej historii: brak jednoznaczności. Każdy może mieć coś do ukrycia, każdy może okazać się kimś innym, niż się wydaje. W świecie „Stawu zapomnianych” zaufanie jest towarem deficytowym.
Fabuła rozwija się dynamicznie, nie pozwalając czytelnikowi na dłuższy oddech. Zwroty akcji pojawiają się regularnie, a kolejne tropy prowadzą zarówno do odkryć, jak i do ślepych uliczek. To konstrukcja, która skutecznie podtrzymuje napięcie i zachęca do dalszej lektury. Szczególnie dobrze wypadają momenty dedukcyjne, w których bohaterowie próbują połączyć rozproszone elementy w spójną całość.
Jednocześnie można odnieść wrażenie, że niektóre wątki zostały potraktowane zbyt skrótowo. Motywy działania sprawcy, choć ostatecznie logiczne, mogłyby zostać pogłębione. Podobnie jak relacje między bohaterami — szczególnie te, które mają potencjał do wprowadzenia dodatkowego napięcia. Finał przynosi rozwiązanie zagadki, ale pozostawia też przestrzeń na pytania, które aż proszą się o rozwinięcie.
Na osobną uwagę zasługuje język powieści. Jest wyrazisty, momentami szorstki, oddający realia środowiska, w którym poruszają się bohaterowie. Autorka posługuje się żargonem w sposób naturalny, unikając przy tym przesady czy sztuczności. To język, który wzmacnia autentyczność świata przedstawionego.
Największym paradoksem tej powieści pozostaje jednak jej przestrzeń. Tatry są obecne —w tle wydarzeń, w samej idei opowieści — ale nie stają się pełnoprawnym uczestnikiem historii. Brakuje momentów, w których natura narzucałaby swoje warunki, wpływała na przebieg zdarzeń, potęgowała napięcie. W kontekście opowieści o pradawnych wierzeniach to szczególnie odczuwalne. Góry mogłyby być tutaj czymś więcej niż dekoracją. Mogłyby być siłą, która kształtuje działania bohaterów, ogranicza ich możliwości, a nawet wpływa na ich decyzje. Tymczasem pozostają raczej tłem — efektownym, ale nie w pełni wykorzystanym. To właśnie w tym miejscu pojawia się największy niedosyt.
Nie zmienia to faktu, że „Staw zapomnianych” to kryminał sprawnie napisany, z dobrze przemyślaną intrygą i interesującym pomysłem wyjściowym. To historia, która potrafi wciągnąć, zaskoczyć i utrzymać uwagę czytelnika. Jednocześnie to opowieść, która zostawia poczucie niewykorzystanego potencjału — szczególnie tam, gdzie mogłaby sięgnąć głębiej w sferę symboliki, atmosfery i relacji między człowiekiem a miejscem.
Ostatecznie otrzymujemy kryminał solidny, momentami bardzo dobry, ale nie w pełni spełniony. Taki, który prowadzi czytelnika przez dobrze skonstruowaną zagadkę, ale nie pozwala mu w pełni zanurzyć się w świecie, który sam zarysowuje.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz