„Nie mów do mnie cukiereczku” autorstwa Gosi Lisińskiej to powieść, która z rozbrajającą szczerością udowadnia, że pod powierzchnią najbardziej uporządkowanego życia może buzować chaos godny planu filmowego w środku sezonu burzowego. I to nie takiego z lekkim deszczykiem, tylko z piorunami, które uderzają dokładnie tam, gdzie bohaterowie najmniej się tego spodziewają.
Już od pierwszych zdań widać, że autorka nie zamierza bawić się w subtelne wprowadzenia. Narracja rusza z miejsca, jakby ktoś nacisnął przycisk „start” i zapomniał o opcji pauzy. Czytelnik zostaje wrzucony w sam środek wydarzeń bez zbędnych ceregieli – i o dziwo, zamiast protestować, daje się porwać temu tempu. Historia ta nie pytaja o pozwolenie, tylko od razu zajmuje wygodne miejsce w wyobraźni.
Na pierwszy plan wysuwa się Aniela Piotrowska – przedszkolanka, kobieta zorganizowana, rozsądna, żyjąca według zasad, które można by spokojnie wydrukować i oprawić w ramkę. Gdyby ktoś miał wskazać osobę najmniej skłonną do literackich ekscesów, Aniela znalazłaby się w ścisłej czołówce. I właśnie dlatego jej drugie życie działa tak dobrze. Bo oto ta sama kobieta, pod pseudonimem Nelly Peterson, tworzy romanse, które nie tylko rozpalają wyobraźnię, ale momentami balansują na granicy przyzwoitości – i robi to z pełną świadomością.
Ten kontrast między „Anielą codzienną” a „Nelly literacką” nie jest jedynie chwytem fabularnym. To motor napędowy całej historii, źródło wielu sytuacji komicznych, ale też punkt wyjścia do ciekawych obserwacji na temat tożsamości. Bo ile w nas jest tego, co pokazujemy światu, a ile tego, co chowamy pod pseudonimem – nawet jeśli niekoniecznie literackim?
Kariera pisarska bohaterki rozwija się raczej spokojnie, bez fajerwerków. Nie ma tu nagłego wystrzału na szczyt list bestsellerów ani tłumów fanów domagających się autografów. Jest za to moment przełomowy – decyzja wytwórni filmowej o ekranizacji jej debiutanckiej powieści „Zgaga”. I to właśnie wtedy historia wchodzi na wyższy bieg, a czytelnik zaczyna podejrzewać, że to dopiero początek kłopotów.
Powrót do rodzinnych Wadowic nie jest bynajmniej sentymentalną podróżą, ale wejściem w rzeczywistość, która ma niewiele wspólnego z nostalgią. Plan filmowy, zamiast być miejscem uporządkowanym i przewidywalnym, przypomina raczej pole minowe – tyle że zamiast wybuchów mamy serię coraz bardziej absurdalnych, a momentami niepokojących zdarzeń.
Autorka z dużą swobodą kreuje tę przestrzeń, pozwalając bohaterom działać, zderzać się, wchodzić w konflikty i – co najważniejsze – reagować w sposób, który nie wydaje się wymuszony. To właśnie naturalność reakcji sprawia, że nawet najbardziej nieprawdopodobne sytuacje zyskują wiarygodność.
W centrum tego zamieszania pojawia się komisarz Bartek Ułomek – człowiek, który teoretycznie ma wprowadzać porządek, a w praktyce sam staje się jego częścią. Jego rola - konsultanta policyjnego - brzmi poważnie, ale szybko okazuje się, że rzeczywistość nie zamierza dostosować się do procedur. A już na pewno nie wtedy, gdy w grę wchodzi relacja z Anielą.
Ich znajomość ma swoją historię, która nie zostaje podana na tacy, ale wyraźnie wpływa na sposób, w jaki się traktują. Między nimi od początku iskrzy – i to nie w subtelny sposób. To raczej seria małych eksplozji, które razem tworzą całkiem widowiskowy pokaz. Ich dialogi są pełne napięcia, ironii i niedopowiedzeń, które mówią więcej niż najbardziej rozbudowane deklaracje.
Relacja tej dwójki rozwija się dynamicznie, momentami wręcz zbyt szybko, jakby bohaterowie sami nie nadążali za własnymi emocjami. I choć można by się zastanawiać, czy tempo nie jest zbyt wysokie, trudno odmówić tej dynamice uroku. To właśnie ona sprawia, że czytelnik chce wiedzieć, co wydarzy się dalej – nawet jeśli rozsądek podpowiada, że lepiej się przygotować na kolejne komplikacje.
A tych nie brakuje. Wydarzenia zaczynają przybierać coraz bardziej niepokojący charakter, wprowadzając do historii element zagrożenia. Wątek kryminalny, choć nie dominuje, jest obecny na tyle wyraźnie, by utrzymać napięcie. Nie jest to jednak klasyczna intryga, w której każdy szczegół ma kluczowe znaczenie. Raczej tło, które nadaje wydarzeniom dodatkowego ciężaru.
I właśnie w tym tkwi jedna z zalet książki – umiejętność balansowania między różnymi tonami. Z jednej strony mamy humor, często bardzo wyraźny, z drugiej – sytuacje, które trudno nazwać lekkimi. Autorka nie ucieka od trudniejszych momentów, ale też nie pozwala, by zdominowały one całość.
Na szczególne uznanie zasługuje język powieści. Jest żywy, elastyczny, dopasowany do bohaterów i sytuacji. Dialogi brzmią naturalnie, nie sprawiają wrażenia pisanych „pod efekt”. Każda postać ma swój sposób mówienia, co nadaje im indywidualności i sprawia, że łatwo je odróżnić.Humor, który przewija się przez tekst, ma różne oblicza. Czasem jest to subtelna ironia, czasem bardziej bezpośredni sarkazm, a czasem sytuacyjna komedia wynikająca z absurdów codzienności. Co ważne – nie jest nachalny. Nie próbuje na siłę rozbawić, tylko pojawia się tam, gdzie ma sens.
Nie sposób nie wspomnieć o bohaterach drugoplanowych, którzy – mimo swojej teoretycznej roli – często przyciągają uwagę równie skutecznie jak główna para. To galeria postaci barwnych, wyrazistych, momentami przerysowanych, ale dzięki temu zapadających w pamięć.
Na czoło tej grupy wysuwa się babcia Bartka – kobieta, która z powodzeniem mogłaby stanąć na czele rodzinnego imperium, i to z takim spokojem oraz skutecznością, jakiej nie powstydziłby się sam Vito Corleone. Jej obecność wprowadza do historii element nieprzewidywalności, a jednocześnie nadaje jej specyficznego charakteru. To postać, która nie potrzebuje wielu scen, by zaznaczyć swoją obecność.
Warto też zwrócić uwagę na sposób, w jaki autorka buduje relacje między bohaterami. Nie ogranicza się do głównego wątku, ale pokazuje szerszy kontekst – zależności rodzinne, zawodowe, towarzyskie. Dzięki temu świat przedstawiony wydaje się pełniejszy, bardziej „żywy”.
Wątek erotyczny, obecny w książce, został wprowadzony bez zbędnej ostrożności. Sceny tego typu są wyraźne. Nie sprawiają wrażenia dodanych na siłę, choć ich liczba może być dla niektórych zaskoczeniem. Wszystko zależy od tego, z jakimi oczekiwaniami sięga się po tę powieść.
Jeśli ktoś spodziewa się klasycznej komedii kryminalnej, może być lekko zdziwiony. Jeśli jednak podejdzie do niej jak do romansu z elementami kryminału – wszystko zaczyna się układać. To książka, która nie mieści się w jednej szufladzie i chyba nawet nie próbuje.
Styl narracji jest płynny, momentami wręcz filmowy – co zresztą dobrze współgra z tematyką. Opisy są oszczędne, ale wystarczające, by zbudować obraz sytuacji. Myśli bohaterów przeplatają się z akcją w sposób naturalny, bez zbędnych przestojów.
Nie ma tu miejsca na dłużyzny ani fragmenty, które można by uznać za „zapychacze”. Każdy element ma swoje miejsce, nawet jeśli nie od razu widać jego znaczenie. To sprawia, że lektura jest dynamiczna, ale nie chaotyczna.
Czy książka jest pozbawiona wad? Nie do końca. Momentami tempo wydarzeń może wydawać się zbyt szybkie, a niektóre relacje rozwijają się w sposób, który wymaga od czytelnika odrobiny dobrej woli. Ale są to drobne potknięcia, które nie wpływają znacząco na odbiór całości.
Najważniejsze jest to, że powieść spełnia swoją podstawową funkcję – dostarcza rozrywki. I robi to w sposób świadomy, bez udawania czegoś, czym nie jest. Nie próbuje być literaturą „ważną” ani „przełomową”. Jest za to inteligentna, dowcipna i dobrze napisana.
To książka, przy której można się pośmiać – i to nie tylko pod nosem. Momentami śmiech jest głośny, nieskrępowany, wręcz zaskakujący. A to wcale nie jest takie częste.
Jednocześnie nie jest to humor płytki czy jednowymiarowy. Pod jego powierzchnią kryją się obserwacje dotyczące relacji międzyludzkich, oczekiwań, ról, jakie przyjmujemy. Nie są one podane wprost, ale wyczuwalne.
Ostatecznie „Nie mów do mnie cukiereczku” to powieść, która doskonale odnajduje się w swojej kategorii – nawet jeśli trudno ją jednoznacznie określić. To historia o ludziach, którzy próbują ogarnąć rzeczywistość, choć ta wyraźnie nie ma na to ochoty.
I może właśnie dlatego działa tak dobrze. Bo zamiast udawać, że wszystko da się kontrolować, pokazuje, jak ciekawie robi się wtedy, gdy plan przestaje mieć znaczenie.
A czy warto sięgnąć po tę książkę? Jeśli ktoś szuka historii, która bawi, wciąga i momentami zaskakuje – odpowiedź jest dość oczywista. Trzeba tylko uważać, żeby nie czytać jej w miejscach publicznych, jeśli nie chce się tłumaczyć z nagłych wybuchów śmiechu.
Bo wbrew tytułowi – to nie jest cukiereczek. To raczej coś, co ma w sobie znacznie więcej charakteru, niż sugeruje opakowanie.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz