Kiedy zamknęłam ostatnią stronę powieści „Warmiński ogród wspomnień” Małgorzaty Mikos, miałam wrażenie, że wracam z miejsca, w którym czas płynie inaczej – wolniej, ciszej, jakby z namysłem. Nie dlatego, że nic się tam nie dzieje, przeciwnie. Dzieje się bardzo dużo, tylko wszystko odbywa się pod powierzchnią: w spojrzeniach, w zawahaniach, w niedopowiedzianych zdaniach i w przedmiotach, które pamiętają więcej niż ludzie. Ta historia rozgrywa się na Warmii, w małej miejscowości, do której Lena wraca po latach. Wraca nie jako triumfatorka, lecz jako ktoś, kto musi podnieść się z kolan.
Zostawiła za sobą Warszawę – miasto, które miało być spełnieniem marzeń, a okazało się tylko przystankiem. Straciła pracę, zakończyła związek, a w wielkim mieście czeka na nią już tylko przyjaciółka. To niewiele, kiedy grunt usuwa się spod nóg. Powrót do rodzinnego domu nie jest sentymentalną wycieczką ani spontaniczną decyzją. To raczej akt odwagi wymieszany z poczuciem winy. Lena ma na koncie kilka nieusprawiedliwionych nieobecności – nie było jej wtedy, kiedy powinna być. Nie wiemy dokładnie dlaczego. Czy uciekała przed odpowiedzialnością? Czy przerażała ją choroba i przemijanie? Czy pociągnął ją zew wielkiego świata, obietnica czegoś „więcej”? Autorka nie daje jasnych odpowiedzi, a ja – jako czytelniczka – czułam, że ta luka jest celowa. Bo przecież często sami nie potrafimy wskazać jednej przyczyny własnych błędów.
Dom, do którego Lena wraca, nie jest tylko budynkiem. To równorzędny bohater. Piękny, zadbany, przesiąknięty historią aż po fundamenty. Od chwili, gdy mama i babcia odeszły, nic się w nim nie zmieniło. Ubrania wiszą w szafach, jakby ktoś miał je jutro założyć. Na stoliku leży książka z zakładką zatrzymaną na niedoczytanej stronie. W kuchni stoją filiżanki, które pamiętają ciepło dłoni. Nawet zapach nie zdążył wywietrzeć. To dom zatrzymany w pół oddechu.
Lena planuje go sprzedać. Taki był pierwotny zamiar – uporządkować formalności, spakować wspomnienia w kartony i wrócić do Warszawy. Zamknąć ten rozdział raz na zawsze. Ale każda rzecz, której dotyka, otwiera kolejną furtkę do przeszłości. Porządkowanie rzeczy po bliskich okazuje się czymś więcej niż sprzątaniem – to bolesne rozsupływanie nici, które łączą ją z tym miejscem. Każda sukienka babci, każdy przepis zapisany odręcznym pismem babci, każda fotografia staje się ciężarem i jednocześnie kotwicą.
W domu Lena odkrywa stare listy. To one stają się cichą wskazówką, prowadzącą ją przez labirynt niedopowiedzeń. Nie są spektakularnym zwrotem akcji ani sensacyjną tajemnicą. Raczej subtelnym szeptem przeszłości, który pozwala spojrzeć na wydarzenia z innej perspektywy. Dzięki nim Lena zaczyna rozumieć nie tylko swoje bliskie, lecz także siebie. Odkrywanie tych listów ma w sobie coś z archeologii – warstwa po warstwie odsłania się to, co było ukryte pod kurzem lat.Powrót do rodzinnej miejscowości to także powrót do ludzi. Społeczność przyjmuje Lenę z otwartymi ramionami. Jakby nikt nie miał jej za złe nieobecności. Jakby wszyscy czekali. Festyn, wspólne rozmowy, serdeczne powitania – wszystko to tworzy atmosferę niemal idealną. Bywało, że czytając te fragmenty, miałam wrażenie lekkiego niedowierzania. Czy mała społeczność rzeczywiście potrafi być aż tak wyrozumiała? Czy przeszłość tak łatwo wybacza? Dla mnie momentami było to zbyt wygładzone, zbyt utopijne. Życie rzadko bywa tak łaskawe.
Czeka na nią również Jan – młodzieńcza miłość, która przez lata nie potrafiła się w nim zabliźnić. On także żyje wspomnieniami i nadzieją. Ich relacja odradza się powoli; raczej jak ogień pod popiołem. Wspólne zbieranie owoców w sadzie, grzybobranie, rodzinne obiady – te sceny mają w sobie ciepło letniego popołudnia i smak kompotu z wiśni. Rodzina Jana przyjmuje Lenę jak swoją. To piękne, ale znów – niemal zbyt doskonałe.
Od chwili powrotu życie Leny zaczyna przypominać pasmo sukcesów. Otrzymuje propozycję idealnej pracy: dobrze płatnej, ciekawej, zdalnej – takiej, o jakiej wielu marzy. Relacje się zacieśniają, wspomnienia łagodnieją, poczucie winy powoli traci ostrość. I tu właśnie pojawia się mój ambiwalentny odbiór. Z jednej strony ta książka jest jak ciepły koc – otula, koi, daje nadzieję. Pokazuje, że można zacząć od nowa, że przeszłość nie musi być wyrokiem. Z drugiej – momentami miałam wrażenie, że autorka zbyt hojnie rozdaje szczęśliwe zbiegi okoliczności. Jakby życie Leny po powrocie do domu stało się niemal nieprzerwanym ciągiem dobrych zdarzeń.Fabuła wykorzystuje bardzo popularny wzorzec: dom po babci, powrót do korzeni, stara miłość i nowe życie. We współczesnej literaturze obyczajowej to motyw niemal wszechobecny. I choć jest w nim coś kojącego, coś, co działa na czytelnika jak powrót do znanej melodii, to jednak trudno nie zauważyć jego powtarzalności. Dla mnie ta historia bywała chwilami zbyt idealna, zbyt wygładzona, jakby rzeczywistość została przefiltrowana przez nostalgiczny filtr.
A jednak – mimo tych zastrzeżeń – nie potrafię jej nie lubić. Bo jest w niej ciepło, które nie udaje. Jest tęsknota, która nie jest teatralna. Jest próba zmierzenia się z pytaniem: czy można sobie wybaczyć? Lena musi w końcu podjąć decyzję. Czy sprzeda dom i wróci do Warszawy? Czy zostanie, zaakceptuje swoje korzenie i przestanie uciekać? Najważniejsze starcie nie toczy się między wielkim miastem a małą miejscowością. Ono rozgrywa się w niej samej.
Czy zdołałam uwierzyć w pełni w tę historię? Nie zawsze. Czy dała mi ukojenie? Zdecydowanie tak. To powieść dla tych, którzy są na swoim życiowym zakręcie, którzy czują ciężar niewypowiedzianych słów i niespełnionych obowiązków. Dla tych, którzy zastanawiają się, czy można jeszcze zawrócić z drogi i wybrać inaczej.
Zostaję z obrazem domu, który czekał. I z pytaniem, które autorka zostawia między wierszami: czy
największą odwagą nie jest czasem zatrzymać się tam, skąd kiedyś uciekliśmy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz