Bohater kryminału może szybko stać się dla czytelnika kimś znajomym — kimś, którego sposób myślenia, reakcje i metody działania zaczynamy rozpoznawać niemal bezbłędnie. Rafał Lichy wymyka się jednak takiej oczywistości. Każde kolejne śledztwo odsłania wprawdzie fragment jego historii, ale jednocześnie dokłada nowe pytania. Im bliżej próbujemy go poznać, tym wyraźniej widać, jak wiele pozostaje w nim niewiadomą. Można starać się go rozszyfrować, analizować jego decyzje,
rekonstruować przeszłość, szukać motywów i usprawiedliwień, ale im więcej wiemy, tym więcej pojawia się pytań. Cztery tomy nie tworzą jedynie kolejnych odsłon policyjnych dochodzeń. To konsekwentnie rozbudowywana historia człowieka, jego przeszłości i świata, w którym każda rozwiązana zagadka odsłania następną warstwę.
„Szafarz”, „Chrzciciel”,
„Ceremoniarz” i „Alfa” to nie są po prostu cztery kryminały z tym samym bohaterem.
To kolejne odsłony historii człowieka, który sam w sobie mógłby stać się
materiałem na osobne dochodzenie. Lichy jest wyrazisty, bezkompromisowy,
chwilami irytujący, chwilami fascynujący. Ma swoje zasady, choć nie zawsze są
to zasady, które łatwo zaakceptować. Nie mówi wszystkiego, robi to, co uważa za
słuszne, a przy tym niekoniecznie przejmuje się tym, czy ktoś uzna jego metody
za właściwe. Ma w sobie coś z klasycznego twardziela, ale autor nie pozwala mu
zamknąć się w schemacie cynicznego gliniarza z przeszłością.
Bo Lichy ma również drugą
twarz. Potrafi dostrzec człowieka tam, gdzie inni widzą problem. Nie przechodzi
obojętnie obok bezdomnego, przygarnia psa, który z czasem staje się jego
partnerem i najwierniejszym przyjacielem. Sierść — „ni to mały, ni duży, ni
czarny, ni biały” — jest zresztą czymś więcej niż tylko literackim dodatkiem.
Wprowadza do opowieści odrobinę ciepła, pokazuje ludzką stronę komisarza i
pozwala zobaczyć, że pod warstwą blizn, doświadczeń i twardych decyzji wciąż
znajduje się ktoś, kto nie utracił całkowicie wrażliwości.
Ten kontrast jest mocnym
atutem serii.
Brudnik nie buduje
świata, w którym bohaterowie są podzieleni na dobrych i złych. Tutaj granice są
zdecydowanie bardziej płynne. Ludzie mają swoje sekrety, słabości, lęki i
obsesje. Walczą z własnymi demonami, podejmują decyzje, których nie zawsze
można bronić, często zbliżają się do „ciemnej strony mocy”, a ich motywacje
rzadko dają się zamknąć w jednym zdaniu. W rezultacie również zagadki
kryminalne nie są jednowymiarowe. Każda nowa informacja zamiast zamykać sprawę,
otwiera kolejne drzwi.
To trochę jak śnieżna
kula. Najpierw jest niewielka. Toczy się powoli, pozornie pod kontrolą. Potem
nabiera rozpędu, rośnie, zaczyna zbierać wszystko, co znajduje się na jej
drodze, aż w pewnym momencie trudno już przewidzieć, gdzie i kiedy się
zatrzyma.
Tak właśnie prowadzone są
śledztwa Lichego.
Pierwszy tom, „Szafarz”, jest mocnym wejściem w ten świat. Mamy serię okrutnych morderstw kobiet i komisarza, który w dość specyficznych okolicznościach wraca do służby. Nie robi tego z entuzjazmem. Lichy nie jest człowiekiem, który nagle odzyskuje wiarę w system i postanawia zostać bohaterem. Raczej podejmuje rękawicę rzuconą przez przeciwnika, świadomy, że w tej rozgrywce liczy się również czas.
Śledztwo szybko okazuje
się znacznie bardziej skomplikowane, niż można początkowo przypuszczać. Są
tropy, które prowadzą w nieoczekiwanych kierunkach, tajemnicze postaci,
zależności, których nie sposób od razu dostrzec, i kolejne elementy układanki zmuszające
do ponownego przemyślenia tego, co już wydawało się ustalone.
Równolegle Brudnik
prowadzi jednak drugie śledztwo — dotyczące samego Lichego.
Komisarz próbuje
odbudować swoje życie na zgliszczach przeszłości. Nie jest samotnikiem w
klasycznym znaczeniu tego słowa. Wokół niego pojawiają się ludzie, którym
pozwala zbliżyć się do siebie w różnym stopniu, ale zawsze pozostaje między
nimi pewna granica. Lichy decyduje, ile pokaże, ile powie i komu zaufa. Wraz z
rozwojem sprawy zaczyna jednak coraz lepiej rozumieć również samego siebie.
„Szafarz” jest więc nie
tylko opowieścią o polowaniu na mordercę. To również historia człowieka, który
próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie, co właściwie zostało z jego dawnego
życia i czy można zbudować coś nowego, kiedy przeszłość wciąż stoi za plecami.
Drugi tom — „Chrzciciel”
— kontynuuje losy komisarza, którego sytuacja życiowa i zawodowa staje się
nieco bardziej stabilna. „Nieco” jest tutaj słowem kluczowym, ponieważ w
przypadku Lichego stabilność nigdy nie oznacza spokoju.
Lichy prowadzi
dochodzenie na terenie, który jest szczególnie istotny również z prywatnego punktu
widzenia — terenie związanym z jego przeszłością oraz bratem, komendantem
policji.
„Chrzciciel” ponownie
pokazuje, że największą siłą Lichego nie jest wyłącznie policyjne
doświadczenie. To sposób myślenia. Komisarz potrafi czytać z niezwykle chaotycznej
układanki jak z otwartej księgi, choć zanim do tego dojdzie, czytelnik zostaje
zmuszony do przejścia przez labirynt mylnych tropów, ślepych uliczek i postaci,
których rola długo pozostaje niejasna.
A potem przychodzi
„Ceremoniarz” i sprawy robią się jeszcze bardziej skomplikowane.
Tym razem Lichy mierzy
się z seryjnym mordercą grasującym po Śląsku, ale równolegle musi wrócić do
zagadki sprzed lat — zaginięcia sióstr. Naturalnie pojawia się pytanie, czy oba
śledztwa mają ze sobą coś wspólnego. I właśnie tutaj Brudnik szczególnie dobrze
wykorzystuje swój ulubiony mechanizm: zamiast dawać czytelnikowi prostą
odpowiedź, dokłada kolejne elementy, które rozszerzają pole podejrzeń.
Sieć zależności staje się
coraz gęstsza. Pojawia się wiele tropów, wiele osób, wiele możliwych
interpretacji. Lichy działa często w pojedynkę, ale nie oznacza to, że jest
sam. Bywają sytuacje, w których musi korzystać z pomocy osób, których obecność
w jego otoczeniu trudno uznać za oczywistą. Na jego drodze pojawiają się
również postaci z najwyższej półki policyjnego świata, w tym Katarzyna Łezka.
„Ceremoniarz” jest powieścią, w której emocje wynikają nie tylko z samej zagadki. Ich źródłem staje się również Lichy — jego sposób działania, decyzje, relacje z innymi i konsekwencje tego, że nie zawsze wybiera najłatwiejszą drogę.
I kiedy wydaje się, że
historia zmierza już do finału, autor pozostawia czytelnika z poczuciem, że
górskie ścieżki mają to do siebie, że potrafią się krzyżować, znikać za
zakrętem i prowadzić znacznie dalej, niż można było przypuszczać.
Dlatego „Alfa” jest
jednocześnie zmianą scenerii i naturalną kontynuacją tej opowieści.
Lichy opuszcza Beskidy i
przenosi się na Mazury. Zmienia się krajobraz, ale nie zmienia się bohater.
Mazurskie jeziora, lasy i drogi mają w tej powieści własną atmosferę. Są
piękne, lecz w świecie Lichego piękno nigdy nie oznacza bezpieczeństwa.
Przeciwnie — urokliwe miejsca mogą skrywać tajemnice, a pozorny spokój bywa
jedynie ciszą przed kolejnym uderzeniem.
Tym razem kryminalna
zagadka splata się z legendą, tajemnicą i osobliwym rytuałem. Pojawia się sporo
akcji, broń, podejrzani, rozbudowany wątek obyczajowy i charakterystyczna dla
serii wielowątkowość. Jest też coś, czego wcześniej nie było w takim natężeniu
— mazurska magia, atmosfera miejsc, które przez swoje legendy i historię
zaczynają funkcjonować niemal jak osobny bohater.
„Alfa” pokazuje więc
Lichego w nowej odsłonie, ale nie pozbawia go tego, co najważniejsze. Nadal
jest to człowiek, który próbuje zrozumieć świat, choć sam nie zawsze daje się
zrozumieć.
Warto przy tym zatrzymać się przy geografii całej serii, bo to jeden z jej mocniejszych elementów. Pierwsze trzy tomy rozgrywają się na szeroko rozumianym Śląsku. Częstochowa, Katowice, Bielsko-Biała, Międzybrodzie Żywieckie — mapa opowieści jest rozległa i zróżnicowana. Autor nie traktuje jednak miejsc akcji jako dekoracji. Topografia ma znaczenie. Miasta, miejscowości, drogi i Beskidy zostają szczegółowo opisane, dzięki czemu wydarzenia zyskują konkretną przestrzeń.
Dla czytelnika znającego
ten region jest to dodatkowa przyjemność. Można rozpoznawać miejsca, śledzić
bohaterów niemal palcem po mapie, porównywać literacką przestrzeń z tą
rzeczywistą. Ale nawet dla osoby, która Śląska czy Beskidów nie zna,
geograficzne zakorzenienie powieści działa na korzyść historii. Śledztwo ma
swoje punkty na mapie, swoją trasę, swoją topografię.
Podobnie jest w „Alfie”,
gdzie Mazury zostają przedstawione z dużą dbałością o szczegóły. Brudnik wie,
że miejsce może budować napięcie równie skutecznie jak dialog czy opis zbrodni.
A skoro mowa o budowaniu
napięcia, nie sposób pominąć języka autora.
Jego proza ma
charakterystyczny rytm. Autor nie ogranicza się do opowiedzenia historii.
Prowadzi również pewnego rodzaju grę z czytelnikiem na poziomie języka. W narracji
pojawiają się powtórzenia i paralelizmy, które nie są przypadkową manierą.
Tworzą klimat, porządkują emocje, podkreślają informacje i sprawiają, że pewne
zdania zaczynają wybrzmiewać mocniej.
To interesujący zabieg,
szczególnie w gatunku, który często stawia przede wszystkim na tempo. Brudnik
potrafi przyspieszyć akcję, ale potrafi też zatrzymać uwagę na słowie, frazie
czy powracającym określeniu. Dzięki temu jego styl jest nieco ironiczny, mocno
literacki i zdecydowanie rozpoznawalny.
Jest w tym również pewna
przewrotność. Kryminał opowiada przecież o śmierci, przemocy, strachu i
ludzkich słabościach, a jednocześnie język nie zostaje całkowicie
podporządkowany mechanice zagadki. Autor świadomie wykorzystuje formę, by nadać
opowieści własny charakter.
Szczególnie interesująco
wypada średniowieczny motyw danse macabre — tańca śmierci. Brudnik przenosi go
do współczesnego świata i czyni z niego ważny element literackiej układanki.
Śmierć zostaje spersonifikowana, otrzymuje własny wyraz, charakter i niemal
kuszącą fizyczność. Jest piękna i powabna, a jednocześnie brutalna i
niepokojąca. Pojawia się w przebłyskach świadomości, kusi, tłumaczy, nadaje
sens emocjom i motywom.
To bardzo ciekawa
reinterpretacja starego motywu. Śmierć nie jest wyłącznie końcem. Staje się osobą
dramatu, figurą, wokół której zaczynają krążyć bohaterowie i ich decyzje.
I może właśnie tutaj
najlepiej widać, czym właściwie jest seria o Rafale Lichym.
To kryminał, ale nie
tylko. To opowieść o śledztwach, lecz również o konsekwencjach wyborów. O
winie, która nie zawsze jest oczywista. O ludziach, którzy potrafią zrobić coś
dobrego z niewłaściwych powodów i coś złego, próbując naprawić własne życie. O
przeszłości, która potrafi wrócić w najmniej oczekiwanym momencie. O granicy
między dobrem a złem, przesuwanej przez bohaterów raz w jedną, raz w drugą
stronę.
Największą zagadką
pozostaje jednak sam Lichy.
Można go lubić albo nie
znosić. Można podziwiać jego bezkompromisowość albo irytować się na jego
metody. Jedno jest pewne — trudno przejść obok niego obojętnie. To bohater,
który nie pozwala się łatwo zaszufladkować. Im dłużej trwa jego taniec ze
śmiercią, przeszłością i kolejnymi śledztwami, tym wyraźniej widać, że każde
dochodzenie prowadzi go również w głąb samego siebie.
I chyba dlatego cztery
tomy — „Szafarz”, „Chrzciciel”, „Ceremoniarz” i „Alfa” — tworzą serię, którą
warto czytać jako całość.
Każda książka ma własną
zagadkę, przestrzeń, atmosferę i własny zestaw podejrzanych. Łączy je jednak
bohater, którego nie da się pomylić z nikim innym, oraz sposób prowadzenia
fabuły, w którym jedna informacja niemal natychmiast rodzi kolejne pytanie.
Tutaj nic nie jest
oczywiste. Nic nie jest wyłącznie czarne albo białe. I chyba właśnie dlatego
śledztwo nigdy nie kończy się z chwilą rozwiązania zagadki.
Bo kiedy jedna sprawa
zostaje zamknięta, pozostaje jeszcze człowiek.
A Lichy, jak wiadomo, ma
zdecydowanie więcej tajemnic niż niejeden morderca, którego przyszło mu ścigać.


.jpg)
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz