poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Paryż, który pachnie wspomnieniem. O okruchach, skarbach i odwadze, by pragnąć więcej

 Paryż Oliwii nie zaczyna się od zachwytu. Nie ma w nim pierwszego olśnienia, romantycznego uniesienia ani pocztówkowego piękna, które natychmiast wynagradza wszystko, co zostało za plecami. Jest obcość. Białe ściany. Cisza. Dotkliwe poczucie, że skończył się świat, który znała, a nowy nie zamierza jeszcze przyjąć jej do siebie. Dziewczyna przyjeżdża do miasta, o którym można marzyć przez całe życie, a zamiast spełnienia dostaje samotność i doświadczenie wykorzenienia. Traci rzeczy osobiste — książki, fotografie, pamiętniki, płyty — drobiazgi, które dla kogoś z zewnątrz mogłyby wydawać się nieistotne, dla niej są jednak fragmentami własnej historii. Nagle zostaje bez nich, jakby pozbawiono ją materialnych śladów dawnego życia.

Z takiego doświadczenia wyrasta opowieść Anny Purowskiej. „Okruchy i skarby”, pięknie wydane przez Wydawnictwo Vectra, są powieścią o pamięci, samotności, miłości i dojrzewaniu, ale również o mozolnym odzyskiwaniu kontaktu z samą sobą. Główną bohaterką jest Oliwia — najpierw młoda dziewczyna, niespodziewanie rzucona w obcy świat, później dorosła kobieta, która próbuje zrozumieć własną przeszłość i jej wpływ na teraźniejszość. Obie perspektywy spotykają się na kartach książki, tworząc opowieść o życiu, którego nie da się podzielić grubą kreską na „dawniej” i „teraz”.

Purowska pisze językiem niezwykle literackim, chwilami niemal poetyckim. Nie jest to jednak poetyckość odklejona od rzeczywistości. Służy raczej wydobywaniu z niej tego, co zazwyczaj pozostaje niewidoczne. Świat Oliwii ma zapach, dźwięk, fakturę i temperaturę. Przestrzeń nie pozostaje nieruchomym tłem wydarzeń — reaguje na emocje, przechowuje wspomnienia, potrafi przywołać dawne obrazy z siłą, której nie sposób przewidzieć. Szczególnie mocno czuć to w opisach Paryża. Miasto poznajemy nie z perspektywy turystki odhaczającej kolejne punkty na mapie, lecz kobiety, która doświadcza go całym ciałem.

„Paryż pachniał…” — można niemal dopowiedzieć za bohaterką. Pachniały ulice, wnętrza, deszcz, książki, powietrze. Miasto miało swoje brzmienie i światło, lecz jego piękno nie zawsze przynosiło ukojenie. Początkowo Paryż jest dla Oliwii miejscem wyobcowania. Dziewczyna znalazła się w rzeczywistości, której nie rozumie, pozbawiona tego, co dotąd dawało jej poczucie bezpieczeństwa. Nawet najpiękniejszy krajobraz nie jest w stanie zastąpić bliskości. Można patrzeć na zachwycające miasto i czuć się w nim boleśnie samotnym.

Doświadczenie wykorzenienia jest kwintesencją tej historii. Oliwia nie traci przecież wyłącznie przedmiotów. Książki, fotografie, pamiętniki czy płyty były częścią jej prywatnego świata, nośnikami wspomnień, małymi dowodami własnego istnienia. Ich utrata ma wymiar niemal egzystencjalny. Dziewczyna przypomina młodą roślinę wyrwaną z korzeniami i przesadzoną w ziemię, która nie została przygotowana na jej przyjęcie. Musi zacząć od początku, choć nikt nie daje jej instrukcji, jak odnaleźć się w obcym świecie.

Paryż z czasem odsłania przed nią kolejne twarze. Wśród ulic, zapachów, muzyki i architektury pojawia się również sztuka. Szczególne miejsce zajmuje Vincent van Gogh, nie tylko jako malarz, lecz jako człowiek o niezwykle intensywnej osobowości artystycznej. Jego obecność dobrze współgra z emocjonalnym pejzażem powieści. Van Gogh patrzył na rzeczywistość przez własną wrażliwość, potrafił wydobywać z niej napięcie, światło, niepokój i zachwyt. Za jego obrazami zawsze można dostrzec człowieka, jego sposób odczuwania świata.

Wątek malarza nie sprawia wrażenia przypadkowego ornamentu. Sztuka staje się jednym z języków, którymi można opowiedzieć o emocjach trudnych do zamknięcia w prostych słowach. Oliwia również potrzebuje takiego języka. Przeżywa więcej, niż potrafi nazwać, a pamięć przechowuje obrazy, których nie da się sprowadzić do suchego zapisu wydarzeń. W świecie powieści malarstwo i literatura spotykają się zatem w podobnym punkcie — obie dziedziny próbują uchwycić to, co wymyka się jednoznacznym definicjom.

Literatura jest zresztą nieodłączną częścią życia Oliwii. Bohaterka jest tłumaczką, pracuje nad przekładami powieści z języka francuskiego. Zawodowo zajmuje się więc słowami, które należą do innych ludzi. Przenosi je z jednego języka w drugi, szuka odpowiednich znaczeń, brzmień i odcieni. Tym mocniej wybrzmiewa sytuacja, w której jedna z książek trafiających w jej ręce uruchamia falę wspomnień… Tekst, który powinien być przedmiotem pracy, zaczyna dotykać najbardziej osobistych obszarów jej życia.

W paryskiej przestrzeni ważne miejsce zajmuje także Shakespeare and Company. Księgarnia idealnie wpisuje się w literacki charakter tej historii. Jest miejscem związanym z książkami, a więc z tym, co dla Oliwii emocjonalnie ważne. W jej obecności Paryż nabiera jeszcze jednego wymiaru. Nie jest już wyłącznie miastem ulic i wspomnień. Staje się przestrzenią literatury, spotkań, opowieści i przechowywanych historii. Słowa mogą przecież być domem dla pamięci, a czasem także kluczem do drzwi, których człowiek przez lata nie chciał albo nie potrafił otworzyć.

Przeszłość w „Okruchach i skarbach” nie pozostaje zamknięta w jednym okresie życia Oliwii. Narracja prowadzona w pierwszej osobie pozwala bardzo blisko obserwować jej emocje. Czytelnik poznaje nie tylko wydarzenia, lecz także sposób, w jaki bohaterka je przeżywa i interpretuje. Wątpliwości, lęki, tęsknoty, pragnienia oraz wspomnienia tworzą osobisty zapis jej dojrzewania. Jest w tym coś z pamiętnika, choć dorosła Oliwia patrzy na dawne doświadczenia z perspektywy czasu.

Dwa plany czasowe wzmacniają tę konstrukcję. „Kiedyś” nieustannie przenika się z „dziś”, a wspomnienia nie są jedynie retrospekcją mającą uzupełnić fabułę. Mają znaczenie dla tego, kim Oliwia jest obecnie. Dawne wydarzenia pozostawiły w niej ślady, wpłynęły na jej sposób postrzegania miłości, samotności i własnej wartości. Kiedy pojawiają się ponownie, bohaterka musi skonfrontować przeszłość z teraźniejszością.

Jest w tym pewien przewrotny paradoks. Kobieta, która zawodowo zajmuje się przekładem cudzych historii, staje przed koniecznością odczytania własnej. Przeszłość wymaga interpretacji, ponieważ po latach nie wygląda już tak samo. Człowiek, który ją przeżył, również jest kimś innym. Zmienia się perspektywa, zmieniają się znaczenia, a niektóre pytania zaczynają brzmieć zupełnie inaczej.

W życiu dorosłej Oliwii pozornie niewiele się dzieje. Jest spokojnie, bezpiecznie, może trochę monotonnie. Bohaterka należy do osób, które potrafią funkcjonować samotnie, ale samotność nie oznacza dla niej braku potrzeby bliskości. Przeciwnie — pod powierzchnią codziennego spokoju kryje się silne pragnienie miłości. Nie chodzi o przelotną fascynację ani o relację, która wypełnia pustkę tylko na chwilę. Oliwia marzy o uczuciu łączącym fizyczność z głęboką więzią, o bliskości, w której można naprawdę poczuć się dla kogoś ważną.

Pojawienie się Jakuba burzy ten uporządkowany rytm. Oliwia jest nim oczarowana, ale zachwyt nie przychodzi bez lęku. Nadzieja na wspólną przyszłość okazuje się trudniejsza, niż można by przypuszczać. Pragnienie szczęścia wymaga przecież zgody na ryzyko, a człowiek, który poznał smak straty, niechętnie wystawia serce na kolejne zranienie.

Purowska dobrze pokazuje tę ambiwalencję. Oliwia chce kochać, a jednocześnie boi się pozwolić sobie na pełnię tego pragnienia. Potrzebuje bliskości, lecz przez lata nauczyła się funkcjonować bez niej. Teraźniejszość stawia ją przed pytaniem, czy można jeszcze raz uwierzyć, że coś dobrego może się wydarzyć.

W tym sensie powieść jest także zapisem dojrzewania. Nie chodzi już o dojrzewanie nastolatki, lecz o znacznie późniejszy, trudniejszy proces poznawania siebie. Oliwia stopniowo odkrywa własne potrzeby, granice i możliwości. Uczy się rozpoznawać to, czego naprawdę chce, zamiast dopasowywać się do sytuacji, która została jej dana. Zaczyna dostrzegać własny potencjał i siłę, których wcześniej mogła nie zauważać.

Tytułowe „okruchy” i „skarby” stają się w tym kontekście bardzo czytelną, a jednocześnie pojemną metaforą. Okruchami mogą być namiastki uczuć, chwilowe zainteresowanie, relacje, w których człowiek nie otrzymuje tego, czego potrzebuje, a mimo to próbuje przekonać siebie, że powinno mu wystarczyć. Skarb ma zupełnie inną wartość. Nie oznacza perfekcji ani życia pozbawionego trudności. Jest czymś autentycznym, ważnym i własnym.

Najważniejsza przemiana Oliwii dokonuje się więc w sferze świadomości. Coraz wyraźniej rozumie, że nie chce pozostawać kimś „w międzyczasie”. Nie chce czekać, aż życie samo zdecyduje za nią. Próbuje zawalczyć o teraźniejszość i nadać jej własny kształt. To pragnienie okazuje się znacznie ważniejsze niż prosta potrzeba znalezienia szczęśliwego zakończenia.

„Okruchy i skarby” są przez to powieścią o samotności, lecz nie tylko o samotności rozumianej jako brak drugiego człowieka. Jest tu również samotność wynikająca z poczucia niedopasowania, z wykorzenienia, z niemożności odnalezienia swojego miejsca. Jest samotność dziewczyny w obcym mieście i samotność dorosłej kobiety, która mimo upływu lat nadal nosi w sobie pewne pytania.

Towarzyszy jej pamięć. Czasami delikatna, niemal czuła, innym razem bolesna. Wspomnienia nie układają się w prosty ciąg zdarzeń. Wracają poprzez obrazy, miejsca, zapachy i książki. Mają własną logikę. To dlatego przeszłość Oliwii wydaje się tak bliska zmysłom — nie jest archiwum, które można spokojnie przeglądać. Jest żywą częścią jej teraźniejszości.

Paryż pozostaje najważniejszym miejscem tej pamięci. Miasto nie zostało przez autorkę idealizowane. Ma w sobie zachwyt, lecz także chłód. Potrafi być piękne i przytłaczające, pełne ludzi, a zarazem przejmująco samotne. Nie przypomina dekoracji ustawionej za bohaterką. Oddziałuje na nią, zmienia znaczenie w zależności od tego, co przeżywa. Ten sam Paryż może być przestrzenią lęku, ucieczki, miłości albo wspomnienia.

Szczególną rolę odgrywa zmysłowość opisów. Zapachy, muzyka, światło, obrazy i faktura miejsc sprawiają, że miasto niemal wychodzi poza kartki książki. Można wyobrazić sobie jego ulice, ale również poczuć atmosferę, w której porusza się Oliwia. To jeden z największych atutów powieści — autorka nie ogranicza się do opowiadania o Paryżu, lecz próbuje uchwycić jego nastrój.

Podobny charakter mają tytuły kolejnych rozdziałów. Krótkie sentencje zapowiadają treść, ale nie zamykają jej w jednym znaczeniu. Każda z nich może być odczytana zarówno jako wskazówka dotycząca wydarzeń, jak i osobna refleksja. Dzięki temu poszczególne części książki mają własny emocjonalny ton, a całość zyskuje dodatkową warstwę znaczeń.

Ważne jest również to, że powieść nie sprowadza doświadczeń Oliwii do prostych odpowiedzi. Miłość nie rozwiązuje wszystkich problemów. Paryż nie leczy automatycznie zadanych ran. Powrót do przeszłości nie oznacza możliwości wymazania tego, co bolało.

Anna Purowska stworzyła opowieść bardzo kobiecą, zmysłową i emocjonalną, a przy tym mocno osadzoną w literackim i artystycznym świecie. Jest tutaj literatura, jest malarstwo Van Gogha, jest niezwykła przestrzeń Shakespeare and Company, jest muzyka i Paryż, który wymyka się pocztówkowym obrazkom. Wszystkie te elementy tworzą atmosferę, w której historia Oliwii może wybrzmieć pełniej.

„Okruchy i skarby” to powieść otulająca, lecz nie banalna. Piękna w języku, nasycona emocjami i obrazami, pozostawia po sobie coś więcej niż wspomnienie fabuły. To książka o tym, jak długo można nosić w sobie dawne doświadczenia, jak trudno dopuścić do głosu własne pragnienia i jak wiele odwagi wymaga decyzja, by nie zadowalać się już tym, co przypadkowe i niepełne.


Po jej lekturze zostaje przede wszystkim Oliwia — ze swoim Paryżem, wspomnieniami, tęsknotą i potrzebą odnalezienia własnego miejsca. Zostaje również obraz miasta, które potrafi pachnieć wspomnieniem, brzmieć muzyką, migotać światłem i jednocześnie boleśnie przypominać o samotności. Paryż z tej powieści nie jest pocztówką. Jest przeżyciem.

A może także pytaniem skierowanym już nie do Oliwii, lecz do nas: ile razy w życiu nazwaliśmy skarbem coś, co było zaledwie okruchem, tylko dlatego, że baliśmy się przyznać, jak bardzo pragniemy czegoś więcej?

niedziela, 23 sierpnia 2026

Kleopatra. Kobieta, która chciała napisać własną historię, i królowa, której nie wystarczała legenda

 „Kleopatra” Saary El-Arifi, przepięknie wydana przez Wydawnictwo Sonia Draga, jest książką, która podejmuje temat pozornie doskonale znany. A jednak już po kilku stronach okazuje się, że pod warstwą legendy, którą przez stulecia obrosła ostatnia królowa Egiptu, kryje się opowieść znacznie bardziej nieoczywista. Nie o śmierci Kleopatry, choć jej kres od początku rzuca na tę historię długi cień. Nie o egzotycznej królowej, która stała się dla kolejnych epok symbolem namiętności, przepychu i zguby. Nie o kobiecie sprowadzonej do roli kochanki wielkich rzymskich mężów. El-Arifi interesuje przede wszystkim życie – życie kobiety, której świat napisał biografię, zanim sama zdążyła opowiedzieć, kim chciała być.

To napięcie między legendą a człowiekiem stanowi główną oś tej powieści.

Kleopatra jest przecież jedną z tych postaci, których imię nie wymaga objaśnienia. Wystarczy je wypowiedzieć, a natychmiast pojawiają się obrazy: Aleksandria, pałac, złoto, faraon, Juliusz Cezar, Marek Antoniusz, namiętność, polityka, zdrada, śmierć. Jej wizerunek przez wieki obrastał kolejnymi warstwami cudzych wyobrażeń. Rzymskie przekazy, które nie zawsze były obiektywne, a nierzadko wręcz nieprzychylne, stworzyły jeden z fundamentów legendy. Potem przyszła literatura, sztuka, teatr i kino, a Kleopatra coraz bardziej oddalała się od kobiety, która rzeczywiście żyła, myślała, kochała, bała się i podejmowała decyzje, od których zależały losy ludzi oraz państwa.

El-Arifi próbuje więc dokonać rzeczy trudnej: zejść z Kleopatrą ze złotego cokołu.

Pomaga jej w tym przede wszystkim narracja. Historię opowiada sama bohaterka. Ten zabieg natychmiast zmniejsza dystans, który zwykle oddziela współczesnego czytelnika od postaci historycznej. Kleopatra przestaje być odległą figurą z kart kronik. Staje się kobietą, która mówi własnym głosem. Zwraca się do czytelnika, przywołuje przyszłość, wraca pamięcią do minionych wydarzeń, prowadzi nas przez kolejne warstwy swojego życia. Narracja nie jest więc prostą relacją. Ma w sobie coś z pamięci – tej, która nie zna idealnej geometrii, która potrafi nagle otworzyć drzwi do wydarzenia sprzed lat, przywołać zapach, smak, obraz, człowieka.

Przenikamy do świata Kleopatry niemal wszystkimi zmysłami. Poznajemy Aleksandrię- z jej przepychem i ciemnymi uliczkami, Rzym Juliusza Cezara, odczuwamy płomienie trawiącej Bibliotekę Aleksandryjską, smakujemy wino palmowe. Starożytny świat nie jest muzealnym eksponatem, starannie ustawionym za szybą. Żyje. Oddycha, pachnie, płonie, fascynuje i przeraża. Historia miesza się z wierzeniami, rzeczywistość z tym, co ówcześni ludzie uznawali za działanie bogów. To szczególnie istotne, ponieważ życie Kleopatry rozgrywa się nie tylko wśród ludzi i ich politycznych kalkulacji. Jest również zanurzone w świecie, w którym przeznaczenie, boskość i wiara pozostają realnymi siłami.

A przecież sama Kleopatra chciała dla siebie zupełnie innego życia.

To chyba jeden z największych paradoksów tej powieści. Zamiast obrazu kobiety, która od początku marzyła o koronie, poznajemy osobę, której pragnienia niekoniecznie pokrywały się z rolą, jaką wyznaczył jej świat. Kleopatra była erudytką, znała co najmniej dziewięć języków, a jako pierwsza z przedstawicieli swojej dynastii nauczyła się egipskiego, aby mówić językiem własnych poddanych. Jej fascynacje prowadziły ją ku wiedzy. Chciała spokojnego życia w murach Biblioteki Aleksandryjskiej, pragnęła poświęcić się ziołolecznictwu. Można więc powiedzieć, że w pewnym sensie marzyła o życiu uczonej, badaczki świata – podczas gdy historia przygotowała dla niej zupełnie inną rolę.

Los, przeznaczenie, a może bogowie – zgodnie z wierzeniami tamtej epoki – mieli wobec niej inne plany.

Władza, którą otrzymała, była skądinąd niechciana. Od chwili, w której przypadła jej korona, prywatne pragnienia musiały ustąpić miejsca obowiązkowi. Kleopatra musiała zmienić swoje życie, zrezygnować z części własnych aspiracji i pasji, by stać się faraonem. To słowo ma w tej opowieści szczególny ciężar. Nie oznacza bowiem wyłącznie zaszczytu. Oznacza także wystawienie na pokaz, nieustanną ocenę, polityczne uwikłanie i konieczność podejmowania decyzji w świecie, który nie wybacza słabości.

Kobieta, która chciała być sobą, musiała stać się symbolem.

Dlatego powieść El-Arifi przestaje być wyłącznie historią konkretnej władczyni. Staje się opowieścią o kobiecie w nieprzyjaznym świecie, o jednostce wybitnej, niezrozumianej i osądzonej. O cenie, jaką płaci się za wyjątkowość, szczególnie wtedy, gdy nie mieści się ona w ramach oczekiwań innych ludzi. Kleopatra jest jednocześnie kobietą wielu twarzy: czarodziejką, kochanką, tyranką, ale również faraonem, żoną i matką. Każde z tych wcieleń może być prawdziwe, a jednocześnie żadne nie wyczerpuje jej osoby.

Dlatego tak trudno było ją naprawdę poznać…

Legenda lubi prostotę. Człowiek jest skomplikowany.

Powieść tę można nazwać biograficzną, choć nie jest biografią w ścisłym sensie. Jak bowiem napisać wyłącznie opartą na faktach biografię osoby, którą świat zna przede wszystkim z przekazów, często tworzonych przez ludzi, którzy mieli własne interesy, własne uprzedzenia i własną politykę? W przypadku Kleopatry granica między historią a legendą od zawsze była niebezpiecznie cienka. Tam, gdzie źródła pozostawiają przestrzeń, El-Arifi może więc pozwolić sobie na literacką kreację. I korzysta z tej możliwości, budując świat, w którym fakty historyczne spotykają się z wyobraźnią.

Nie jest to jednak wyobraźnia przypadkowa.

Autorka pozostawia wiele miejsca dla literackiej kreacji, ale nie po to, by odebrać Kleopatrze historyczną tożsamość. Przeciwnie – dzięki fikcji próbuje wypełnić szczeliny, które historia pozostawiła puste. Właśnie tam może pojawić się pytanie najważniejsze: co czuła kobieta, której przyszłość została podporządkowana obowiązkowi? Co działo się w jej wnętrzu, kiedy prywatne pragnienie musiało ustąpić miejsca koronie? Jak wyglądało życie osoby, która była nieustannie obserwowana, oceniana i uwikłana w sieć politycznych zależności?

To pytania, na które kroniki nie zawsze potrafią odpowiedzieć. Literatura potrafi.

Dlatego w „Kleopatrze” tak ważne są emocje. Jest miłość i nienawiść, namiętność i władza, przyjaźń i zdrada. Są relacje, które nie mogą być wolne od polityki, ponieważ w świecie królowej nawet uczucie może stać się elementem gry. Są ludzie, których obecność może przynieść bezpieczeństwo, ale również zagrożenie. Jest kobieta próbująca zachować własną tożsamość w rzeczywistości, która nieustannie wymaga od niej przyjmowania kolejnych masek.

A przecież maska władcy jest szczególnie ciężka.

Kleopatra nie może po prostu pozostać Kleopatrą. Musi być tym, czego potrzebuje jej państwo. Musi być faraonem. Musi być symbolem. Musi być kimś, kogo można pokazać poddanym i przeciwnikom. Jej prywatne „ja” zostaje więc skonfrontowane z rolą, która została jej narzucona. W tej szczelinie pomiędzy kobietą a władczynią rozgrywa się najciekawsza część opowieści.

El-Arifi nie odbiera swojej bohaterce wielkości, ale odbiera jej pomnikowość.

To różnica zasadnicza.

Czytając, nie patrzymy już wyłącznie na królową. Patrzymy na człowieka, który próbuje odnaleźć się w historii, zanim historia na dobre go pochłonie. Dzięki narracji pierwszoosobowej Kleopatra nie jest przedmiotem opowieści, lecz jej podmiotem. Sama mówi, sama wspomina, sama prowadzi czytelnika przez własną przeszłość. Czasem wybiega ku temu, co dopiero nadejdzie, czasem wraca do wydarzeń minionych. Ta gra z czasem sprawia, że jej historia nie przypomina suchego ciągu dat i wydarzeń. Jest raczej rzeką pamięci, w której przeszłość, teraźniejszość i przyszłość nieustannie mieszają swoje nurty.

Czytelnik nie dostaje kolejnej opowieści o ikonicznej królowej, której życie zostało dawno zamknięte w kilku dobrze znanych obrazach. Dostaje możliwość spojrzenia w szczelinę między obrazem a osobą. Poznaje kobietę, która chciała napisać własną historię, choć świat uparcie pisał ją za nią.

To chyba najbardziej przewrotne znaczenie tej powieści. Kleopatra przez całe życie była kimś, o kim inni mieli coś do powiedzenia. Rzymianie tworzyli jej wizerunek, polityczni przeciwnicy oceniali jej decyzje, potomność zamieniała ją w symbol. Tymczasem w narracji El-Arifi po raz pierwszy tak mocno wybrzmiewa potrzeba odzyskania własnego głosu. Nie chodzi o to, aby całkowicie zburzyć legendę. Chodzi raczej o to, by pod legendą odnaleźć człowieka.

A człowiek zawsze okazuje się bardziej interesujący niż pomnik.

„Kleopatra” jest więc książką o władzy, ale również o cenie, jaką trzeba za nią zapłacić. O przeznaczeniu, ale także o próbie wyrwania mu pióra z ręki. O świecie, w którym bogowie, polityka i ludzkie ambicje splatają się ze sobą tak ściśle, że trudno powiedzieć, gdzie kończy się wolna wola, a zaczyna konieczność. Jest opowieścią o kobiecie, której przyszłość została zapisana przez okoliczności, lecz która mimo wszystko próbowała ocalić w niej choć odrobinę miejsca dla siebie.

Może właśnie dlatego jej historia nadal fascynuje?

Bo Kleopatra nie jest jedynie ostatnią królową Egiptu. Jest kobietą, która chciała czytać, poznawać, leczyć, kochać i żyć po swojemu, a zamiast tego dostała koronę. Kobietą, która musiała nauczyć się być faraonem, choć być może wolałaby zostać uczoną wśród ksiąg Aleksandrii. Kobietą, której życie stało się własnością historii, zanim jeszcze zdążyła w pełni uczynić je własnym.

Saara El-Arifi podejmuje więc dialog nie tylko z historią, ale przede wszystkim z pamięcią. Pokazuje, że pomiędzy tym, co wiemy, a tym, co nam się wydaje, istnieje ogromna przestrzeń – przestrzeń dla pytań, emocji i literatury. Jej Kleopatra nie jest figurą z marmuru. Jest żywa, złożona, pełna sprzeczności.


To książka, która pozwala wejść do starożytnej Aleksandrii nie przez bramę kroniki, lecz przez drzwi pamięci jednej kobiety.

Kiedy zamyka się książkę, trudno już myśleć o Kleopatrze wyłącznie jako o królowej.

 

niedziela, 16 sierpnia 2026

„Marionetka” — kiedy cudze rany zaczynają mówić naszym głosem

 Jedna decyzja potrafi zmienić bieg całego życia. Jeden impuls może uruchomić emocje, których istnienia nawet nie podejrzewaliśmy. Jedno przemilczenie może zostać w człowieku na lata, a czasem przejść dalej — do kolejnego pokolenia, relacji, życia… W „Marionetce” Sylwii Bies pytanie o tego, kto trzyma w dłoniach sznurki, szybko ustępuje miejsca znacznie bardziej niepokojącej kwestii: co musi wydarzyć się w człowieku, by sam oddał komuś władzę nad własnymi decyzjami?

To powieść o samotności, która nie zawsze wygląda jak samotność. O rodzinach, które funkcjonują, choć emocjonalnie dawno przestały być bezpiecznym miejscem. O przemocy, która nie musi mieć brudnych rąk. O kłamstwach wypowiadanych rzekomo w dobrej wierze i o prawdzie, która zamiast przynosić ulgę, może odebrać człowiekowi resztki spokoju, może nawet i życia... Autorkę interesuje przede wszystkim psychika bohaterów — ich pęknięcia, mechanizmy obronne, lęki i potrzeby, które z czasem mogą zacząć kierować zachowaniem.

Julia dorasta bez matki. Teresa pozostaje w jej życiu jako nieobecność, której nie da się zamknąć w jednym słowie. O matce się nie mówi, a przecież przemilczana osoba nie znika. Przeciwnie — jej brak zaczyna zajmować coraz więcej miejsca. Julia dorasta więc nie tylko bez matki, lecz także bez pełnej wiedzy o własnej przeszłości. Nie ma możliwości skonfrontowania się z tym, co było, nie może zadawać pytań, na które ktoś powinien odpowiedzieć.

Jak dorasta człowiek, który czuje, że w jego własnej historii brakuje najważniejszego rozdziału? Czy można zbudować poczucie własnej wartości, kiedy fundamenty tożsamości zostały owiane milczeniem? Czy brak odpowiedzi nie zaczyna z czasem działać jak odpowiedź?

Ojciec Julii również jest wielkim nieobecnym. Pracuje za granicą, próbuje zapewnić rodzinie środki do życia, ale odległość ma swoją cenę. Relacja z córką coraz bardziej rozluźnia się pod ciężarem kilometrów, codziennych obowiązków i niewypowiedzianych emocji. To gorzki wymiar tej historii, bo nieobecność nie musi wynikać z braku miłości. Czasami człowiek odchodzi właśnie po to, by zapewnić bliskim lepsze życie, a mimo to zostawia po sobie pustkę.

Czy dobre intencje zawsze chronią przed krzywdą? Czy można być dobrym rodzicem, jeśli własne dziecko przede wszystkim odczuwa brak? Czy poświęcenie ma sens, jeśli jego ceną staje się emocjonalna więź?

Dziadkowie nie stanowią dla Julii bezpiecznej przystani. Są chłodni, zdystansowani, zamknięci w swoim świecie. Dziewczyna zostaje więc sama w najbardziej niebezpiecznym momencie — wtedy, gdy dopiero próbuje zrozumieć, kim jest.

Dorastanie samo w sobie jest przecież okresem chaosu. To czas, kiedy człowiek testuje granice, szuka akceptacji, sprawdza, na ile może sobie pozwolić i kim właściwie chce się stać. Julia robi to bez stabilnego zaplecza emocjonalnego. Potrzeba przynależności staje się więc czymś znacznie więcej niż zwykłym pragnieniem nastolatki. To głód bycia zauważoną, potrzebną, ważną.

Na tym tle pojawia się Agnieszka — przyjaciółka Julii, a jednocześnie jej przeciwieństwo. Jej życie z zewnątrz wygląda zupełnie inaczej. Dom jest idealny. Rodzina sprawia wrażenie uporządkowanej. Wszystko powinno działać tak, jak należy. Problem w tym, że za perfekcyjną fasadą kryje się przemoc.

Ta przemoc rozgrywa się za zamkniętymi drzwiami, z dala od spojrzeń innych. Z zewnątrz wszystko może wyglądać niemal doskonale. Jednak za tymi drzwiami rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Są wyzwiska, oskarżenia, nieustanne pretensje, kontrola i manipulacja. Są siniaki, bolesne uderzenia i strach przed tym, co wydarzy się za chwilę. A potem przychodzi pozorna rekompensata — drogie prezenty, przeprosiny, obietnice poprawy i oczekiwanie, że wszystko zostanie przemilczane. Jakby prezent mógł wymazać ból, a pieniądze naprawić wyrządzoną krzywdę.

Przemoc nie kończy się jednak na fizycznym bólu. Równie dotkliwa jest ta psychiczna — słowa, które ranią, wzbudzanie poczucia winy, odbieranie poczucia własnej wartości, zastraszanie i manipulowanie emocjami. To właśnie dlatego może być tak trudna do zauważenia przez osoby z zewnątrz. Za zamkniętymi drzwiami rodzina, która dla innych wydaje się idealna, może skrywać świat pełen lęku, cierpienia i milczenia. Może mieć „idealnie białe rękawiczki” i właśnie dlatego być tak trudna do rozpoznania.

Czy dom może wyglądać jak bezpieczne miejsce i jednocześnie nim nie być? Czy można krzywdzić człowieka bez podnoszenia ręki? Jak długo ofiara jest w stanie przekonywać samą siebie, że wszystko jest w porządku, ponieważ prawda okazuje się zbyt trudna do przyjęcia?

Julia i Agnieszka znajdują w sobie wzajemne oparcie. Ich przyjaźń staje się próbą stworzenia własnego schronienia poza światem dorosłych, którzy zawiedli. Są tak różne, a jednak ta różnica pozwala im się uzupełniać. Jedna próbuje walczyć o siebie, druga coraz bardziej traci zdolność do przeciwstawienia się temu, co ją niszczy.

Bies bardzo trafnie pokazuje, że sama bliskość nie zawsze wystarcza, by kogoś ocalić. Możemy widzieć cierpienie drugiego człowieka i nadal nie wiedzieć, jak mu pomóc. Możemy być obok, a mimo to nie mieć żadnej realnej siły sprawczej.

Czy przyjaźń może wygrać z traumą? Czy można uratować człowieka, który nie potrafi jeszcze nazwać własnego cierpienia? I czy bezczynność zawsze oznacza obojętność?

Wyjazd Julii do Irlandii ma być dla niej początkiem nowego życia. Zmiana miejsca wydaje się szansą na odcięcie od wszystkiego, co dotychczas ją definiowało. Nowe środowisko, nowe relacje, nowa codzienność — wszystko może rozpocząć się od początku.

Tyle że człowiek nie zostawia własnej psychiki na dworcu ani na lotnisku.

Julia zabiera ze sobą samotność, gniew, brak poczucia bezpieczeństwa i potrzebę znalezienia własnego miejsca. Rzeczywistość szybko zaczyna rozmijać się z marzeniami. To, co miało być ucieczką, staje się kolejnym etapem historii, w której przeszłość coraz mocniej upomina się o swoje prawa.

Pojawia się Patrick, który zostaje wciągnięty w sytuację, której zasad początkowo nie rozumie. Napięcie zaczyna narastać poprzez świadomość, że bohaterowie nie mają pełnego obrazu tego, w czym uczestniczą. Każdy posiada fragment układanki. Każdy coś wie. Każdy coś przemilcza.

A przecież z fragmentów można zbudować zarówno prawdę, jak i bardzo przekonujące kłamstwo.

Konstrukcja powieści oparta na dwóch perspektywach czasowych — „kiedyś” i „w tym dniu” — pozwala autorce stopniowo odsłaniać kolejne warstwy historii. Wydarzenia poznajemy także z perspektywy różnych osób, dzięki czemu obraz sytuacji nie jest jednoznaczny. Czytelnik musi sam dokładać kolejne elementy, obserwować zależności i zastanawiać się, co właściwie doprowadziło bohaterów do miejsca, w którym się znaleźli.

To bardzo dobrze współgra z psychologicznym charakterem książki. Kluczowym i najbardziej interesującym jest zagadnienie, dlaczego bohaterowie zaczęli zachowywać się właśnie w taki sposób.

Bo czy człowiek zawsze świadomie wybiera swoje działania?

Czy można przekroczyć granicę, której istnienia wcześniej nawet się nie zauważało? Czy jeden impuls może uruchomić w człowieku instynkty ukrywane przez całe lata? Czy osoba skrzywdzona może sama stać się źródłem krzywdy? I w którym momencie cierpienie przestaje tłumaczyć zachowanie, a zaczyna być jego wymówką?

„Marionetka” szczególnie mocno dotyka problemu przeszłości, która determinuje teraźniejszość. Bies nie traktuje jej jak zamkniętego rozdziału. Przeszłość pozostaje aktywna. Przenika decyzje, relacje i reakcje bohaterów. To, co wydarzyło się wcześniej, nie znika tylko dlatego, że nikt o tym nie mówi.

Czasami właśnie przemilczenie pozwala ranie przetrwać.

Najbardziej przejmująca jest świadomość, że krzywda może zostać przekazana dalej nie jako konkretne wydarzenie, lecz jako sposób funkcjonowania. Lęk rodzica może stać się lękiem dziecka. Jego brak zaufania może zostać odziedziczony jako podejrzliwość. Przemoc może zostać uznana za coś normalnego, jeśli człowiek od początku życia obserwuje ją w swoim otoczeniu.

Czy można odziedziczyć cudzą traumę? Czy można nosić w sobie konsekwencje wydarzeń, których osobiście się nie przeżyło? Czy kolejne pokolenie ma obowiązek naprawiać błędy poprzedniego?

W tych pytaniach tkwi największy ciężar „Marionetki”.

Tytuł powieści przestaje być wtedy jedynie metaforą. Marionetką może być człowiek sterowany przez cudze decyzje, ale także ktoś, kto pozwala, by jego własne lęki i rany przejęły kontrolę. Sznurki mogą trzymać rodzice, przeszłość, trauma, potrzeba miłości, poczucie winy. Mogą być widoczne albo tak cienkie, że zauważamy je dopiero wtedy, gdy próbujemy się od nich uwolnić.

Najgorsze jest to, że marionetka może długo wierzyć, że sama wybiera kierunek.

Ważnym tematem pozostaje także kłamstwo. Autorka nie traktuje go wyłącznie jako narzędzia manipulacji. Pokazuje jego bardziej skomplikowane oblicze — kłamstwo, które może być motywowane strachem, troską, potrzebą ochrony albo przekonaniem, że prawda byłaby dla kogoś zbyt bolesna.

Ale czy istnieje kłamstwo w dobrej wierze?

Czy zatajenie prawdy może być aktem miłości? Czy człowiek ma prawo decydować, że druga osoba „lepiej nie będzie wiedziała”? Czy można zbudować spokojne życie na fundamencie fałszu? A może prawda, nawet najbardziej brutalna, zawsze jest lepsza od rzeczywistości, której podstawą jest kłamstwo?

I co właściwie oznacza „mniejsze zło”?

„Marionetka” nie podaje na tacy odpowiedzi. Jej bohaterowie również ich nie mają. To ludzie uwikłani w swoje wybory, ale jednocześnie ukształtowani przez wszystko, co wydarzyło się wcześniej. Ich decyzje nie pojawiają się znikąd. Są efektem doświadczeń, braków, lęków i emocji, które przez lata pozostawały bez właściwego ujścia.

Dlatego trudno tutaj kogokolwiek po prostu potępić.

I trudno kogokolwiek całkowicie usprawiedliwić.

To czyni tę książkę psychologicznie niejednoznaczną. Bies nie pozwala czytelnikowi wygodnie stanąć po jednej stronie. Zmusza do patrzenia na człowieka jako na skomplikowaną konstrukcję, w której dobro i zło, słabość i siła, potrzeba miłości i potrzeba kontroli mogą istnieć obok siebie.

„Marionetka” jest również opowieścią o kryzysie rodziny — ale nie w sensie rozpadu samej instytucji. Chodzi o kryzys emocjonalnej więzi. O sytuację, w której ludzie mieszkają razem, lecz nie potrafią ze sobą rozmawiać. O dzieci, które uczą się milczenia, ponieważ dorośli nie potrafią mówić prawdy. O rodziców, którzy próbują chronić bliskich, jednocześnie odbierając im możliwość samodzielnego zmierzenia się z rzeczywistością.

To książka o ludziach, którzy nie zawsze wiedzą, jak kochać, którzy próbują przetrwać, których życie przerosło…

Najmocniejszy wymiar powieści znajduje się więc nie w samym napięciu, lecz w pytaniach, które pozostają po lekturze. Co naprawdę kształtuje człowieka? Czy jesteśmy sumą własnych decyzji, czy również konsekwencją decyzji innych ludzi? Jak długo możemy uciekać przed własną historią? Czy można naprawdę zacząć od nowa, jeśli nie rozliczyliśmy się z tego, co było?

I najważniejsze: kiedy człowiek przestaje być marionetką?

Wtedy, gdy przecina sznurki?

Czy może dopiero wtedy, gdy odważy się spojrzeć na ręce, które przez lata je trzymały?

Sylwia Bies buduje z tych pytań opowieść mroczną, emocjonalną i niepokojącą. „Marionetka” nie jest wyłącznie historią o tym, co ludzie robią sobie nawzajem. Jest przede wszystkim opowieścią o tym, co zostaje w człowieku po wyrządzonej krzywdzie. O ranach, które mogą nie zabliźnić się mimo upływu lat. O samotności, która potrafi wypaczyć potrzebę bliskości. O rodzinnych tajemnicach, które zamiast umrzeć wraz z pokoleniem, potrafią znaleźć drogę do następnego.

Zdecydowanie, ta powieść robi wrażenie, bo każdy człowiek ma w sobie jakieś sznurki. Nie wszystkie je widzi. Nie wszystkie potrafi nazwać. A niektóre odkrywa dopiero wtedy, gdy zaczynają się napinać...

Grafika: https://pl.pinterest.com/, canva; 

 

sobota, 15 sierpnia 2026

Ferrara, której trzeba słuchać. Recenzja „Zaginionego klejnotu Ferrary” Grega Krupy

Na okładce „Zaginionego klejnotu Ferrary” Grega Krupy znajdziemy zapowiedź intrygującej opowieści kryminalnej z historią sztuki w tle. To sformułowanie jest niewątpliwie trafne, ale po lekturze trudno oprzeć się wrażeniu, że akcenty zostały w nim rozłożone nieco inaczej, niż sugeruje opis. Kryminalna zagadka jest bowiem ważna, jednak w moim odczuciu pozostaje elementem większej konstrukcji. Prawdziwą bohaterką tej książki okazuje się Ferrara – jej ulice, zabytki, przeszłość, legendy i ludzie, którzy przez stulecia odcisnęli na niej swoje piętno. To właśnie miasto stanowi centrum narracji, jej punkt wyjścia i zarazem miejsce, do którego wszystkie prowadzone przez autora tropy ostatecznie wracają.

„Zaginiony klejnot Ferrary” jest debiutem Grega Krupy i jako debiutancka powieść wypada interesująco. Nie jest to książka pozbawiona nierówności, ale ma coś, czego nie sposób nauczyć się wyłącznie poprzez konstruowanie poprawnej fabuły: wyraźną autorską fascynację miejscem, sztuką i historią. Ta fascynacja udziela się czytelnikowi. Ferrara nie jest makietą, po której bohaterowie mają się przemieszczać w drodze od jednego punktu śledztwa do następnego. Jej architektura, zabytki i pamięć historyczna stają się częścią prowadzonego dochodzenia, a czasem wręcz ważniejszą wskazówką niż to, co mówią przesłuchiwani bohaterowie.

W tym miejscu książka Krupy zyskuje swój najbardziej charakterystyczny rys. Autor buduje kryminał, ale materiału do jego skonstruowania szuka przede wszystkim w historii Ferrary. Wątki sensacyjne zostają splecione z dziejami templariuszy, dawnymi legendami oraz postacią Lukrecji Borgii – księżnej, która do dziś pozostaje jedną z najbardziej rozpoznawalnych i jednocześnie najbardziej kontrowersyjnych postaci związanych z historią miasta. Wokół jej osoby przez wieki narosło wiele opowieści, interpretacji i mitów. Krupa wykorzystuje ten historyczno-legendarny materiał jako fundament kryminalnej intrygi, nie sprowadzając go wyłącznie do roli efektownego ornamentu.

To istotne, ponieważ w tej powieści prawda historyczna, legenda i fikcja nieustannie pozostają w stanie napięcia. Czytelnik zostaje zmuszony do poruszania się pomiędzy tym, co rzeczywiste, tym, co zapamiętane, i tym, co przez kolejne pokolenia zostało dopowiedziane. Taki sposób prowadzenia narracji dobrze współgra z konwencją kryminału. Śledztwo z natury rzeczy polega przecież na oddzielaniu faktów od pozorów, informacji od dezinformacji i rzeczywistych motywów od tych, które ktoś próbuje przedstawić jako prawdziwe.

W Ferrarze pojawia się fala morderstw. Początkowo poszczególne zdarzenia mogą wyglądać jak osobne elementy układanki, jednak z czasem ujawniają się między nimi związki prowadzące w stronę znacznie starszej historii. Wątek templariuszy nadaje opowieści dodatkową warstwę tajemnicy, a legenda związana z Lukrecją Borgią staje się kluczowym elementem całej zagadki. Nie będę jednak odsłaniała kolejnych części tej układanki. W przypadku książki opartej na odkrywaniu zależności byłoby to działanie podobne do ujawnienia wyniku śledztwa przed rozpoczęciem przesłuchania. Lepiej pozwolić, aby czytelnik sam sprawdzał kolejne tropy i oceniał ich wiarygodność.

Kryminał Krupy nie jest przy tym konstrukcją jednowymiarową. Autor dość sprawnie komplikuje sieć zależności między postaciami. Bohaterowie dosłownie i w przenośni zakładają maski, dlatego nie zawsze można mieć pewność, z kim właściwie mamy do czynienia i jakie intencje stoją za konkretnym działaniem. To rozwiązanie dobrze służy fabule, ponieważ utrudnia szybkie wskazanie winnego i pozwala utrzymać napięcie. Intryga jest wystarczająco złożona, by nie stała się przewidywalna, a kolejne informacje nie zawsze prowadzą tam, gdzie czytelnik spodziewa się ich początku.

Śledztwo prowadzą karabinierzy, ale ich śladem podążają również dziennikarze lokalnej gazety. Ten tor narracyjny wprowadza do powieści interesujący pierwiastek obyczajowy. Relacje pomiędzy bohaterami, ich zawodowe ambicje, wzajemna nieufność, współpraca i rywalizacja tworzą dodatkową warstwę opowieści. Nie są jednak – przynajmniej w moim odczuciu – jej najważniejszą częścią. Postaci pełnią przede wszystkim funkcję przewodników po świecie, który Krupa chce przed czytelnikiem odsłonić.

Dlatego właśnie trudno uznać „Zaginiony klejnot Ferrary” za klasyczny kryminał, w którym cała konstrukcja służy rozwiązaniu zagadki. Tutaj proporcje są nieco inne. Zagadka jest motorem wydarzeń, ale Ferrara jest ich właściwą sceną i tematem. Bohaterowie przemieszczają się po mieście, odkrywają kolejne informacje, docierają do miejsc mających znaczenie dla śledztwa, a przy okazji odsłaniają przed czytelnikiem kolejne fragmenty historii Ferrary. Miasto nie jest więc tłem w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Jest archiwum, mapą i swoistym świadkiem.

Niezwykle interesujący jest moment, w którym powieść zwalnia i zamiast kolejnego pościgu czy gwałtownego zwrotu akcji proponuje czytelnikowi spacer uliczkami Ferrary. To rozwiązanie może wydać się niektórym odbiorcom zbyt długie, zwłaszcza jeśli oczekują od kryminału nieustannego przyspieszenia. Dla mnie jest to jednak jeden z ciekawszych elementów książki. Wtedy to najmocniej widać, czym Krupa naprawdę interesuje się jako autor.

Historia sztuki nie jest w powieści fachowym dodatkiem. Architektura, zabytki i przestrzeń miasta uczestniczą w opowiadaniu historii. Ferrara staje się miejscem, które należy czytać podobnie jak dzieło sztuki: poprzez detale, kontekst, ślady dawnych wydarzeń i relacje pomiędzy poszczególnymi elementami. Ulica, budowla czy zabytek nie są wyłącznie punktem na mapie. Każdy z nich może prowadzić do innej warstwy przeszłości. W ten sposób powieść przypomina momentami spacer po mieście prowadzony przez kogoś, kto nie tylko zna jego topografię, ale również potrafi opowiedzieć, dlaczego dane miejsce jest ważne.

To zresztą jeden z największych atutów książki. Greg Krupa pokazuje Ferrarę z wyraźnym szacunkiem dla jej dziedzictwa. Widać w tym zamiłowanie do sztuki i zabytków, ale również potrzebę ocalenia ich znaczenia przed sprowadzeniem do atrakcji turystycznej. Autor przypomina, że historyczne miasto nie składa się wyłącznie z pięknych fasad. Pod warstwą architektury znajduje się pamięć o ludziach, konfliktach, ambicjach, religii, władzy i legendach. Te elementy tworzą tkankę, w której może narodzić się kryminalna opowieść.

Na tym tle znaczące miejsce zajmuje Lukrecja Borgia. Jej obecność jest niemal wyczuwalna ponad współczesnymi wydarzeniami. To postać, która znakomicie pasuje do konstrukcji powieści: historyczna, owiana legendą, wielokrotnie interpretowana i niejednoznaczna. Wokół niej można budować zarówno opowieść o historii, jak i historię o tym, jak powstają opowieści. Krupa wykorzystuje właśnie tę niejednoznaczność. Nie chodzi wyłącznie o samą postać księżnej, lecz również o mechanizm, dzięki któremu dawne wydarzenia zaczynają żyć własnym życiem.

Podobnie skonstruowany został tytułowy klejnot. Nie funkcjonuje on wyłącznie jako poszukiwany przedmiot. Zyskuje wymiar symboliczny, sytuując się gdzieś pomiędzy ideą Świętego Graala a kamieniem filozoficznym. Dzięki temu przedmiot staje się nośnikiem kolejnych znaczeń. Łączy sferę legendy, religijnej symboliki, alchemicznych wyobrażeń i materialnego świata zabytków. To jeden z tych motywów, w których autor sprawnie splata elementy historyczne z legendarnymi i fikcyjnymi.

Powieść rozwija się falowo. Tempo nie pozostaje przez cały czas jednakowe. Są fragmenty dynamiczne, w których akcja nabiera wyraźnego przyspieszenia, pojawiają się pościgi, śledztwo i sceny z użyciem broni. Są jednak również partie zdecydowanie spokojniejsze, nastawione na rozmowę, analizowanie tropów oraz poznawanie miasta. Dla czytelnika oczekującego bezustannego napięcia może to być pewne wyzwanie. Z drugiej strony właśnie dzięki tym zmianom rytmu „Zaginiony klejnot Ferrary” nie staje się wyłącznie mechaniczną sekwencją kolejnych zwrotów akcji.

Jeśli potraktować książkę jako kryminał, można dyskutować o proporcjach pomiędzy śledztwem a rozbudowanym tłem historycznym. Jeśli jednak spojrzeć na nią jako na powieść kryminalno-historyczną, której jednym z głównych tematów jest konkretne miasto i jego dziedzictwo, wybór autora wydaje się znacznie bardziej zrozumiały. Krupa nie próbuje za wszelką cenę utrzymać Ferrary w tle. Przeciwnie – pozwala jej wyjść na pierwszy plan.

I być może właśnie dlatego najważniejsza jest odpowiedź na pytanie „co kryje się za tym, co widzimy?”. To pytanie odnosi się zarówno do kryminalnej intrygi, jak i do samego miasta. Za współczesnymi ulicami kryje się średniowiecze, za zabytkami – konkretne historie ludzi, za legendami – fragmenty rzeczywistości, a za rzeczywistością – kolejne interpretacje. W tej konstrukcji kryminał staje się narzędziem umożliwiającym penetrację przeszłości.

„Zaginiony klejnot Ferrary” nie jest więc powieścią, którą poleciłabym miłośnikom wyłącznie klasycznych kryminałów. Znacznie więcej mogą z niej wynieść czytelnicy zainteresowani historią, sztuką, włoskimi miastami i literackim wykorzystywaniem lokalnych legend. To książka, w której można szukać zarówno zagadki kryminalnej, jak i literackiego przewodnika po Ferrarze. Co ważne, jedno nie musi wykluczać drugiego.

Jak na debiut jest to propozycja udana. Widać w niej jeszcze pewne nierówności konstrukcyjne, przede wszystkim w sposobie rozkładania tempa, ale jednocześnie widać bardzo wyraźnie, że autor ma własny obszar zainteresowań i potrafi przełożyć go na fabułę. Nie próbuje stworzyć kolejnego anonimowego kryminału, którego akcję można byłoby przenieść do dowolnego europejskiego miasta. „Zaginiony klejnot Ferrary” bez Ferrary straciłby znaczną część swojej tożsamości.

„Zaginiony klejnot Ferrary” ma jednak wszystkie elementy, których można oczekiwać od opowieści kryminalnej – są ofiary, śledczy, tropy, tajemnice, pościgi i broń. Jednak jego najciekawszą warstwę stanowią nie policyjne procedury, lecz historia zapisana w murach Ferrary. W tej książce historia sztuki nie stoi za bohaterami. To bohaterowie wchodzą w jej przestrzeń.

Ocena: 7,5/10

To solidny i obiecujący debiut, szczególnie dla czytelników, którzy od kryminału oczekują czegoś więcej niż samej zagadki. Największą siłą powieści jest sugestywnie przedstawiona Ferrara oraz umiejętne połączenie historii, sztuki, legend i fikcji kryminalnej. Jeśli ktoś lubi książki, w których miasto ma własną pamięć, a rozwiązanie zagadki prowadzi nie tylko przez ślady pozostawione przez sprawcę, lecz także przez kolejne warstwy przeszłości, „Zaginiony klejnot Ferrary” może okazać się bardzo dobrym literackim adresem.

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Śmierć ma wiele twarzy. Komisarz Lichy i kryminalne zagadki Grzegorza Brudnika

 Bohater kryminału może szybko stać się dla czytelnika kimś znajomym — kimś, którego sposób myślenia, reakcje i metody działania zaczynamy rozpoznawać niemal bezbłędnie. Rafał Lichy wymyka się jednak takiej oczywistości. Każde kolejne śledztwo odsłania wprawdzie fragment jego historii, ale jednocześnie dokłada nowe pytania. Im bliżej próbujemy go poznać, tym wyraźniej widać, jak wiele pozostaje w nim niewiadomą. Można starać się go rozszyfrować, analizować jego decyzje,


rekonstruować przeszłość, szukać motywów i usprawiedliwień, ale im więcej wiemy, tym więcej pojawia się pytań. Cztery tomy nie tworzą jedynie kolejnych odsłon policyjnych dochodzeń. To konsekwentnie rozbudowywana historia człowieka, jego przeszłości i świata, w którym każda rozwiązana zagadka odsłania następną warstwę.

„Szafarz”, „Chrzciciel”, „Ceremoniarz” i „Alfa” to nie są po prostu cztery kryminały z tym samym bohaterem. To kolejne odsłony historii człowieka, który sam w sobie mógłby stać się materiałem na osobne dochodzenie. Lichy jest wyrazisty, bezkompromisowy, chwilami irytujący, chwilami fascynujący. Ma swoje zasady, choć nie zawsze są to zasady, które łatwo zaakceptować. Nie mówi wszystkiego, robi to, co uważa za słuszne, a przy tym niekoniecznie przejmuje się tym, czy ktoś uzna jego metody za właściwe. Ma w sobie coś z klasycznego twardziela, ale autor nie pozwala mu zamknąć się w schemacie cynicznego gliniarza z przeszłością.

Bo Lichy ma również drugą twarz. Potrafi dostrzec człowieka tam, gdzie inni widzą problem. Nie przechodzi obojętnie obok bezdomnego, przygarnia psa, który z czasem staje się jego partnerem i najwierniejszym przyjacielem. Sierść — „ni to mały, ni duży, ni czarny, ni biały” — jest zresztą czymś więcej niż tylko literackim dodatkiem. Wprowadza do opowieści odrobinę ciepła, pokazuje ludzką stronę komisarza i pozwala zobaczyć, że pod warstwą blizn, doświadczeń i twardych decyzji wciąż znajduje się ktoś, kto nie utracił całkowicie wrażliwości.

Ten kontrast jest mocnym atutem serii.

Brudnik nie buduje świata, w którym bohaterowie są podzieleni na dobrych i złych. Tutaj granice są zdecydowanie bardziej płynne. Ludzie mają swoje sekrety, słabości, lęki i obsesje. Walczą z własnymi demonami, podejmują decyzje, których nie zawsze można bronić, często zbliżają się do „ciemnej strony mocy”, a ich motywacje rzadko dają się zamknąć w jednym zdaniu. W rezultacie również zagadki kryminalne nie są jednowymiarowe. Każda nowa informacja zamiast zamykać sprawę, otwiera kolejne drzwi.

To trochę jak śnieżna kula. Najpierw jest niewielka. Toczy się powoli, pozornie pod kontrolą. Potem nabiera rozpędu, rośnie, zaczyna zbierać wszystko, co znajduje się na jej drodze, aż w pewnym momencie trudno już przewidzieć, gdzie i kiedy się zatrzyma.

Tak właśnie prowadzone są śledztwa Lichego.

Pierwszy tom, „Szafarz”, jest mocnym wejściem w ten świat. Mamy serię okrutnych morderstw kobiet i komisarza, który w dość specyficznych okolicznościach wraca do służby. Nie robi tego z entuzjazmem. Lichy nie jest człowiekiem, który nagle odzyskuje wiarę w system i postanawia zostać bohaterem. Raczej podejmuje rękawicę rzuconą przez przeciwnika, świadomy, że w tej rozgrywce liczy się również czas.

Śledztwo szybko okazuje się znacznie bardziej skomplikowane, niż można początkowo przypuszczać. Są tropy, które prowadzą w nieoczekiwanych kierunkach, tajemnicze postaci, zależności, których nie sposób od razu dostrzec, i kolejne elementy układanki zmuszające do ponownego przemyślenia tego, co już wydawało się ustalone.

Równolegle Brudnik prowadzi jednak drugie śledztwo — dotyczące samego Lichego.

Komisarz próbuje odbudować swoje życie na zgliszczach przeszłości. Nie jest samotnikiem w klasycznym znaczeniu tego słowa. Wokół niego pojawiają się ludzie, którym pozwala zbliżyć się do siebie w różnym stopniu, ale zawsze pozostaje między nimi pewna granica. Lichy decyduje, ile pokaże, ile powie i komu zaufa. Wraz z rozwojem sprawy zaczyna jednak coraz lepiej rozumieć również samego siebie.

„Szafarz” jest więc nie tylko opowieścią o polowaniu na mordercę. To również historia człowieka, który próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie, co właściwie zostało z jego dawnego życia i czy można zbudować coś nowego, kiedy przeszłość wciąż stoi za plecami.

Drugi tom — „Chrzciciel” — kontynuuje losy komisarza, którego sytuacja życiowa i zawodowa staje się nieco bardziej stabilna. „Nieco” jest tutaj słowem kluczowym, ponieważ w przypadku Lichego stabilność nigdy nie oznacza spokoju.

Tym razem wraca on w rodzinne strony. Akcja przenosi się do Międzybrodzia Żywieckiego, a śledztwo dotyczy kilku nastolatków i wydarzeń, których prawdziwy obraz nie od razu daje się odtworzyć. Okoliczności są dodatkowo komplikowane przez rozbudowany wątek lokalny związany z powodzią i jej konsekwencjami. Katastrofa staje się więc nie tylko tłem wydarzeń, lecz także elementem budującym atmosferę całej historii.

Lichy prowadzi dochodzenie na terenie, który jest szczególnie istotny również z prywatnego punktu widzenia — terenie związanym z jego przeszłością oraz bratem, komendantem policji.

„Chrzciciel” ponownie pokazuje, że największą siłą Lichego nie jest wyłącznie policyjne doświadczenie. To sposób myślenia. Komisarz potrafi czytać z niezwykle chaotycznej układanki jak z otwartej księgi, choć zanim do tego dojdzie, czytelnik zostaje zmuszony do przejścia przez labirynt mylnych tropów, ślepych uliczek i postaci, których rola długo pozostaje niejasna.

A potem przychodzi „Ceremoniarz” i sprawy robią się jeszcze bardziej skomplikowane.

Tym razem Lichy mierzy się z seryjnym mordercą grasującym po Śląsku, ale równolegle musi wrócić do zagadki sprzed lat — zaginięcia sióstr. Naturalnie pojawia się pytanie, czy oba śledztwa mają ze sobą coś wspólnego. I właśnie tutaj Brudnik szczególnie dobrze wykorzystuje swój ulubiony mechanizm: zamiast dawać czytelnikowi prostą odpowiedź, dokłada kolejne elementy, które rozszerzają pole podejrzeń.

Sieć zależności staje się coraz gęstsza. Pojawia się wiele tropów, wiele osób, wiele możliwych interpretacji. Lichy działa często w pojedynkę, ale nie oznacza to, że jest sam. Bywają sytuacje, w których musi korzystać z pomocy osób, których obecność w jego otoczeniu trudno uznać za oczywistą. Na jego drodze pojawiają się również postaci z najwyższej półki policyjnego świata, w tym Katarzyna Łezka.

„Ceremoniarz” jest powieścią, w której emocje wynikają nie tylko z samej zagadki. Ich źródłem staje się również Lichy — jego sposób działania, decyzje, relacje z innymi i konsekwencje tego, że nie zawsze wybiera najłatwiejszą drogę.

I kiedy wydaje się, że historia zmierza już do finału, autor pozostawia czytelnika z poczuciem, że górskie ścieżki mają to do siebie, że potrafią się krzyżować, znikać za zakrętem i prowadzić znacznie dalej, niż można było przypuszczać.

Dlatego „Alfa” jest jednocześnie zmianą scenerii i naturalną kontynuacją tej opowieści.

Lichy opuszcza Beskidy i przenosi się na Mazury. Zmienia się krajobraz, ale nie zmienia się bohater. Mazurskie jeziora, lasy i drogi mają w tej powieści własną atmosferę. Są piękne, lecz w świecie Lichego piękno nigdy nie oznacza bezpieczeństwa. Przeciwnie — urokliwe miejsca mogą skrywać tajemnice, a pozorny spokój bywa jedynie ciszą przed kolejnym uderzeniem.

Tym razem kryminalna zagadka splata się z legendą, tajemnicą i osobliwym rytuałem. Pojawia się sporo akcji, broń, podejrzani, rozbudowany wątek obyczajowy i charakterystyczna dla serii wielowątkowość. Jest też coś, czego wcześniej nie było w takim natężeniu — mazurska magia, atmosfera miejsc, które przez swoje legendy i historię zaczynają funkcjonować niemal jak osobny bohater.

„Alfa” pokazuje więc Lichego w nowej odsłonie, ale nie pozbawia go tego, co najważniejsze. Nadal jest to człowiek, który próbuje zrozumieć świat, choć sam nie zawsze daje się zrozumieć.

Warto przy tym zatrzymać się przy geografii całej serii, bo to jeden z jej mocniejszych elementów. Pierwsze trzy tomy rozgrywają się na szeroko rozumianym Śląsku. Częstochowa, Katowice, Bielsko-Biała, Międzybrodzie Żywieckie — mapa opowieści jest rozległa i zróżnicowana. Autor nie traktuje jednak miejsc akcji jako dekoracji. Topografia ma znaczenie. Miasta, miejscowości, drogi i Beskidy zostają szczegółowo opisane, dzięki czemu wydarzenia zyskują konkretną przestrzeń.

Dla czytelnika znającego ten region jest to dodatkowa przyjemność. Można rozpoznawać miejsca, śledzić bohaterów niemal palcem po mapie, porównywać literacką przestrzeń z tą rzeczywistą. Ale nawet dla osoby, która Śląska czy Beskidów nie zna, geograficzne zakorzenienie powieści działa na korzyść historii. Śledztwo ma swoje punkty na mapie, swoją trasę, swoją topografię.

Podobnie jest w „Alfie”, gdzie Mazury zostają przedstawione z dużą dbałością o szczegóły. Brudnik wie, że miejsce może budować napięcie równie skutecznie jak dialog czy opis zbrodni.

A skoro mowa o budowaniu napięcia, nie sposób pominąć języka autora.

Jego proza ma charakterystyczny rytm. Autor nie ogranicza się do opowiedzenia historii. Prowadzi również pewnego rodzaju grę z czytelnikiem na poziomie języka. W narracji pojawiają się powtórzenia i paralelizmy, które nie są przypadkową manierą. Tworzą klimat, porządkują emocje, podkreślają informacje i sprawiają, że pewne zdania zaczynają wybrzmiewać mocniej.

To interesujący zabieg, szczególnie w gatunku, który często stawia przede wszystkim na tempo. Brudnik potrafi przyspieszyć akcję, ale potrafi też zatrzymać uwagę na słowie, frazie czy powracającym określeniu. Dzięki temu jego styl jest nieco ironiczny, mocno literacki i zdecydowanie rozpoznawalny.

Jest w tym również pewna przewrotność. Kryminał opowiada przecież o śmierci, przemocy, strachu i ludzkich słabościach, a jednocześnie język nie zostaje całkowicie podporządkowany mechanice zagadki. Autor świadomie wykorzystuje formę, by nadać opowieści własny charakter.

Szczególnie interesująco wypada średniowieczny motyw danse macabre — tańca śmierci. Brudnik przenosi go do współczesnego świata i czyni z niego ważny element literackiej układanki. Śmierć zostaje spersonifikowana, otrzymuje własny wyraz, charakter i niemal kuszącą fizyczność. Jest piękna i powabna, a jednocześnie brutalna i niepokojąca. Pojawia się w przebłyskach świadomości, kusi, tłumaczy, nadaje sens emocjom i motywom.

To bardzo ciekawa reinterpretacja starego motywu. Śmierć nie jest wyłącznie końcem. Staje się osobą dramatu, figurą, wokół której zaczynają krążyć bohaterowie i ich decyzje.

I może właśnie tutaj najlepiej widać, czym właściwie jest seria o Rafale Lichym.

To kryminał, ale nie tylko. To opowieść o śledztwach, lecz również o konsekwencjach wyborów. O winie, która nie zawsze jest oczywista. O ludziach, którzy potrafią zrobić coś dobrego z niewłaściwych powodów i coś złego, próbując naprawić własne życie. O przeszłości, która potrafi wrócić w najmniej oczekiwanym momencie. O granicy między dobrem a złem, przesuwanej przez bohaterów raz w jedną, raz w drugą stronę.

Największą zagadką pozostaje jednak sam Lichy.

Można go lubić albo nie znosić. Można podziwiać jego bezkompromisowość albo irytować się na jego metody. Jedno jest pewne — trudno przejść obok niego obojętnie. To bohater, który nie pozwala się łatwo zaszufladkować. Im dłużej trwa jego taniec ze śmiercią, przeszłością i kolejnymi śledztwami, tym wyraźniej widać, że każde dochodzenie prowadzi go również w głąb samego siebie.

I chyba dlatego cztery tomy — „Szafarz”, „Chrzciciel”, „Ceremoniarz” i „Alfa” — tworzą serię, którą warto czytać jako całość.

Każda książka ma własną zagadkę, przestrzeń, atmosferę i własny zestaw podejrzanych. Łączy je jednak bohater, którego nie da się pomylić z nikim innym, oraz sposób prowadzenia fabuły, w którym jedna informacja niemal natychmiast rodzi kolejne pytanie.

Tutaj nic nie jest oczywiste. Nic nie jest wyłącznie czarne albo białe. I chyba właśnie dlatego śledztwo nigdy nie kończy się z chwilą rozwiązania zagadki.

Bo kiedy jedna sprawa zostaje zamknięta, pozostaje jeszcze człowiek.

A Lichy, jak wiadomo, ma zdecydowanie więcej tajemnic niż niejeden morderca, którego przyszło mu ścigać.

Przekroczyć Rubikon. Gdzie kończy się to, co znamy?

  Ile człowiek jest w stanie unieść, zanim jego dotychczasowy świat zacznie pękać? Co dzieje się z nami, kiedy wydarzenia z przeszłości nie ...